niedziela, 1 listopada 2015

Rozdział 41

- Yhym... myślę, że powinniście już iść. - głos Konsula sprawił, że niechętnie odsunęła się od Willa, który nagle objął ją w pasie i przyciągnął do siebie tak, że stykali się biodrami. Posłała mu uśmiech, całując go następnie w policzek. Następne rozejrzała się dookoła, widząc jak ostatni goście już wychodzą na zewnątrz.

- Idziemy, żono? - jego głos tuż przy jej uchu spowodował ciarki na jej ciele. Przełknęła ślinę i z uśmiechem ruszyła ze swoim mężem w stronę wyjścia, wsłuchując się w głośne bicie dzwonów.

Kiedy wyszli na dwór, poczuła uderzające o nią chłodne powietrze, a także otaczającą ich falę gości. Wszyscy zaczęli im gratulować, to z większym entuzjazmem, to z mniejszym. Lecz w pewnym momencie przepchnęli się Charlotte i Henry.

- Gratuluję! Tak bardzo się cieszę! - powiedziała kobieta, ściskając ich mocno, niemal dusząc.

- Dziękujemy, Charlotte. - wydukał Will i kiedy tylko kobieta go puściła, rozmasował szyję.

- Ode mnie to samo. - uśmiechnął się Henry i odsunął się z żoną, robiąc miejsce Cecily, która z piskiem nerwowo podskakiwała, czekając na swoją kolej. Gdy miała przed sobą wolną drogę, również rzuciła się na młodą parę, ściskając ich jeszcze mocniej niż Charlotte.

- Dobry Boże...Cecy, kiedy ty...zrobiłaś sobie te mięśnie?

Tessa jedynie parsknęła śmiechem, słysząc pytanie Willa skierowane do siostry. Poprawka. Chciała parsknąć, ale uścisk brunetki jej to uniemożliwiał. Dopiero po minucie mogła złapać tchu, gdy nareszcie Cecily się odsunęła, stając ponownie u boku Garbriela, który z rozbawieniem obserwował czerwoną twarz Willa.

Następnie w kolejce byli Sophie i Gideon, Jessamine, a potem Jem. Chłopak podszedł do nich z uśmiechem, najpierw robiąc braterski uścisk w Willem, a potem przytulając Tessę.

- Mam nadzieję, Tesso, że wytrzymasz z nim przez następne lata. - zaśmiał się. - Wiesz jaki potrafi być irytujący.

- I to nawet bardzo. - dodała. - Ale wiem, dlatego również zgodziłam się za niego wyjść. Ktoś musi go pilnować.

Oboje spojrzeli na Willa, który patrzył obrażony na swoje paznokcie.

- No wiecie, ja też nie będę miał łatwo... - urwał, po czym w dwie sekundy wziął Tessę na ręce, wywołując krzyk, który wyrwał się z jej gardła. - moja żona potrafi być dość uparta. - dokończył, całując ją następnie w usta.

- I to nawet bardzo. - dodał Jem z kpiącym uśmiechem.

Tessa jedynie wywróciła oczami, stając na równe nogi. Następnie wszyscy się skierowali do budynku Saint John's Hall, który znajdował się obok kościoła St John's Smith Square. To w tamtej sali odbywały się występy jak opery czy przedstawienia teatralne, ale tym razem krzesła zostaną odsunięte i cała sala będzie salą balową. Orkiestra będzie grała na scenie, a uczta będzie pod ścianami sali.

Szła przytulona do Willa, słuchając słodkich słówek, które do niej szeptał. Zaczynało jej być zimno, ale na szczęście cała droga do sali trwała tylko dziesięć minut.

Goście weszli pierwsi, a kiedy weszła ona i Will, rozprzestrzeniły się głośne oklaski. Brunet ścisnął jej dłoń i z uśmiechem pociągnął na środek parkietu. Duża orkiestra zaczęła grać radosną muzykę. Zaczęli tańczyć, wirować i się śmiać w deszczu białych płatek róż. Wkrótce prawie cała sala przyłączyła się do tańca.

Melodia zmieniała się co kilka minut, a ona i Will wciąż byli na parkiecie. Nie mieli ochoty przestawać. Dlatego zdecydowali, że odpuszczą sobie przemówienia. Woleli się bawić, tańczyć i jeść pyszne jedzenie, przynoszone przez służbę.

Patrzyła mu w oczy z szerokim uśmiechem, tańcząc z nim w kółko. W tamtej chwili zrozumiała, że zaczyna nowy rozdział w swoim życiu. A zaczyna go od bycia szczęśliwą razem z osobą, którą kocha ponad wszystko.

Całe cierpienia i ból los zamienił w przepiękną bajkę, która była realna.
Grzech byłby prosić o więcej, bo miała wszystko co najcenniejsze: rodzinę, przyjaciół i szczęście.

Mimo iż nie widziała Nate'a, matki, ani swojego ojca... to czuła ich w sobie. Byli razem z nią duchem i cieszyli się jej szczęściem.

Nie potrafiła zapanować nad emocjami, przez co jej nogi stanęły w miejscu. Przysunęła się bliżej jego ciała, ujmując jego twarz. Odwzajemnił gest tym samym, następnie całując ją namiętnie w usta.

Wszyscy tańczący goście złapali się za ręce, tworząc okrąg wokół nich i kontynuując następnie taniec wokół pary.

Tessa nie miała pojęcia ile trwał pocałunek. Sekundy, a może nawet minuty. Ale w końcu dała sobie spokój z liczeniem, bo wiedziała, że czas już się dla niej nie liczy. Nigdzie jej się nie spieszyło, bo to miłość miała pierwszeństwo.



Kilka godzin później, po tańcach, zabawie i picu przyszedł czas na przygotowanie się do podróży poślubnej. Trzymając się za ręce, ruszyli w stronę schodów, które prowadziły na dach budynku, w którym się znajdowali. Ale jeszcze przed tym, zatrzymali się, aby móc się pożegnać.

- Dbajcie o siebie i pamiętajcie, że macie pisać do mnie, gdy będziecie czegoś potrzebować. - oznajmiła Charlotte, ujmując w dłonie ich brody. Następnie ucałowała ich oboje w policzki, po czym zrobiła miejsce Cecily.

- Bawcie się dobrze i bez obaw! Zajmę się Noahem, obiecuję! - uśmiechnęła się.

- Doceniamy to, Cecily. Bardzo ci dziękujemy. - powiedziała Tessa i wyściskała brunetkę. Następna była Jessamine. Blondynka miała dość naburmuszoną minę, ale w końcu westchnęła i przytuliła ich oboje.

- Pamiętaj nie wychodzić zbytnio na słońce. Spakowałam ci dwie zapasowe parasolki... Och! I pamiętaj: nigdy nie podchodź do targów z jedzeniem, bo jeszcze się ubrudzisz.

- Dobrze, zapamiętam. - zaśmiała się Tessa i ponownie przytuliła blondynkę, która zesztywniała zaskoczona. - Dziękuję ci, Jessamine. To był cudowny ślub. - szepnęła jej do ucha, sprawiając, że dziewczyna nareszcie oddała uścisk, odszeptując:

- Bądź szczęśliwa i miej to, czego ja nie mogę. - Po tych słowach Tessa spojrzała na jej twarz ze współczuciem. Pogładziła policzek blondynki z lekkim uśmiechem i podała jej swój bukiet kwiatów. - Przecież...

- To ty na niego zasługujesz. - oznajmiła Tessa, przerywając zdezorientowanej blondynce, po czym przysunęła się bliżej Willa. Wiedziała, że mimo egoizmu z jakim Jessamine potrafiła się odnosić do innych, to w środku miała dobre serce i była dobrą dziewczyną, pragnącą jedynie normalnego życia. Po za tym, musiała się jej jakoś odwdzięczyć, bo to ona w większości zaplanowała ślub i zajmowała się Nate'm, gdy jeszcze żył.

- Dziękuję. - szepnęła Jessamine i wycofała się do grupy pozostałych gości.

Tessa poczuła jak Will ściska mocniej jej dłoń. Spojrzała na niego z uśmiechem, po czym razem z nim zaczęła wchodzić po krętych, kamiennych schodach. Prowadziły one na sam dach budowli, w której się znajdowali.

Pierwsze co poczuła, to chłód i wiatr, ale pierwsze co zobaczyła, to unosząca się w powietrzu, błękitna tafla wody. Ze zmarszczonymi brwiami odsunęła się od Willa i podeszła bliżej zjawiska. Ostrożnie palcem dotknęła tafli woda, która ani trochę nie była mokra.

- Co to jest? - spytała cicho.

- Henry i Magnus pracowali razem od kilku tygodni nad wynalazkiem, który mógłby przenosić ciało w ułamku sekundy w dowolne miejsce. Wymagało to dużo czasu i pracy, ale w końcu im się udało. Nazwano to portalem. Tak naprawdę to tylko jego kawałek i zniknie zaraz po tym, jak w niego wejdziemy. Cały znajduje się w instytucie.

- Gdzie mnie zabierasz? - spytała. - Cecily stawiała, że Francja. - zaśmiała się.

- Myślałem o tym, ale nie. - powiedział i przyciągnął ją do siebie, obejmując ją w talii.

- Więc gdzie?

- Cierpliwości, kochanie. Zaraz się się dowiesz. To niespodzianka. - wyszeptał tuż przy jej uchu, po czym złożył na jej głowie czuły pocałunek. - A teraz zamknij oczy i myśl o mnie, cały czas. Pamiętaj.

Pokiwała głową i zamknęła oczy, zaczynając myśleć o swoim mężu... mężu. Mąż. Mąż. Mąż. Jak cudownie to brzmi, pomyślała i uśmiechnęła się na samą myśl. Lecz kiedy Ciało Willa ruszyło, ciągnąc ją ze sobą, od razu skupiła myśli na nim. Kolejny krok sprawił, że miała wrażenie iż spada. Mocny wiatr wiał w jej włosy, unosząc również materiał sukienki w różne strony. Zacisnęła kurczowo dłonie na koszuli ukochanego, wtulając w nią również twarz.

Nagle wszystko ustało, a twardy grunt uderzył pod jej stopy. Gdyby Will jej nie podtrzymał, upadłaby.

- Możesz już otworzyć oczy. - usłyszała jego głos. Otworzyła więc oczy, ciężko oddychając i rozejrzała się dookoła. Znajdowali się tuż przed - wyższym niż sam Londyński instytut - budynkiem z białego kamienia, a także ciemnego i czerwonego drewna. Ciemny dach był równy z ostrymi rogami wygiętymi do góry. Budynek miał wiele pięter, a barierki balkonów miały różne wzory.

Doskonale znała tej architektury zbudowane budowle. Widziała je w książkach i na obrazach, ale nigdy na żywo... aż do tej pory. Rozdziawiła usta i wytrzeszczyła oczy, bo miała wrażenie, że to tylko sen.

- Witaj w Chinach, a dokładne w ich stolicy...

- Szanghaj. - dokończyła, przypominając sobie, że to tutaj właśnie urodził się Jem i zachorował. W środku poczuła zalewający ją smutek.

- Ćwiczyłem tą przemowę przez tydzień. Mogłaś mi dać dokończyć. - żachnął się.

- Przepraszam. - zaśmiała się, ponownie przenosząc wzrok na budowlę i biorąc głęboki oddech.

- Owszem - przyznał po dłuższej chwili. - chciałem zabrać cię do Francji, ale wtedy Jem powiedział, że będzie to zbyt oczywiste, a Paryż jest przestarzały, bo wszyscy tam spędzają romantyczne chwile. Dlatego zaproponował Szanghaj. Powiedział, że tutejszy instytut powinien ci się spodobać ze względu na swój wygląd, bibliotekę i tajne przejścia, które pewnie będziesz chciała odkryć.

- Nie mylił się. - wykrztusiła, podchodząc bliżej jednej z dwóch kolumn, między którymi, odrobinę dalej znajdowały się duże, okrągłe, podwójne czerwone drzwi. Ich rama dookoła była zrobiona z ciemnego drewna, z które wyrzeźbiono wzory.

Lecz po chwili spojrzała również za siebie. Przed całą budowlą był dziedziniec, składający się ogólnie z zielonej, równo skoszonej trawy. Kamienna ścieżka podążała od niedużych schodów (na których szczycie właśnie stali) prosto, aż zaczęła okrążać znajdujące się po środku całego dziedzińca oczko wodne, w którym pływały lilie. Następnie ścieżka prowadziła prosto do chińskiej bramy, której boki były wczepione w mur z kolorowego kamienia. Dziedziniec również był o wiele większy od tego w Londynie... i musiała przyznać, że piękniejszy.

- Idziemy? - spytał, proponując jej swoje ramię. Kiwnęła głową z uśmiechem, przyjmując je. Razem weszli przez podwójne drzwi, wchodząc tym samym do holu. Podłoga była z gładkiego, bordowego kamienia, a ściany z białego kamienia. Wisiało na nich tysiące obrazów, przedstawiających chińskie ogrody, krajobraz, a także ludzi. Przed nimi zaś znajdowały się szerokie, czarne schody, które miały identyczne barierki, jak te na balkonach. Lecz najbardziej uwagę Tessy przyciągnął duży, czarny talerz... lub garnek, zwisający na łańcuchu z sufitu. Palił się w nim ogień, dając tym światło w pomieszczeniu. W powietrzu unosił się piękny zapach jakiś ziół. Była pewna, że musiały być to kadzidełka, o których kiedyś opowiadał jej ojciec.

- Witam was! Cieszę się, że nareszcie mogę was poznać! To naprawdę ogromny zaszczyt, że przyjechaliście na miesiąc miodowy akurat tutaj! Jestem Lien! - kobieta, która miała wysoki głos, zeszła tanecznym krokiem po schodach i szybko do nich podeszła, przytulając Tessę, a następnie Willa. Dopiero kiedy się odsunęła, Tessa mogła ją dokładnie zobaczyć. Kobieta nie miała więcej niż trzydzieści lat. Jej skośne oczy miały kolor ciemnego brązu. Jej twarz była blada jak ściany budynku, usta czerwone, policzki różowe, a na powiekach miała namalowane czarne kreski. Jej czarne jak smoła włosy zostały upięte w koka, przez dwie fioletowe pałeczki. Na sobie miała tego samego koloru, wzorzysty, długi  - przynajmniej tak jej się wydawało, że był to -szlafrok, który pod biustem miał mocno przewiązany długi, fioletowy materiał, który musiał zastępować gorset. Materiały - w tym rękawy - ciągnęły się do ziemi, a tył stroju jeszcze bardziej.

- Jestem Will, a to moja żona Tessa. My też się bardzo cieszymy. - odpowiedział za nich dwoje. - Pięknie tutaj, Jem się nie mylił.

Rozdział miał być dłuższy, ale szkoła goni, więc postanowiłam chociaż tą część wstawić dzisiaj, bo inaczej czekalibyście miesiąc na nexta :(( Tak czy siak, mam nadzieję że ten się podobał i będziecie nadal czekali na nexta!

W następnym opiszę noc poślubną, a także postaram się miesiąc miodowy ;))

piątek, 30 października 2015

Przerażającego HALLOWEEN!!!

Życzę wam wszystkim przerażającego Halloween: dużo imprez, krwi, demonów i książek!
Jak spędzacie to święto? Na imprezie z przyjaciółmi czy może ze świecącą dynią i z książką w dłoniach??? U mnie trochę tego i tego :D

Ale najważniejsze pytanie: za co się przebraliście? Za Nefilim, wilkołaka, wampira, faerie, a może czarodzieja??? Chwalcie się w komentarzach ;**

Jeszcze raz przerażającego, extra Halloween :***


PS. Wiem, że Halloween dopiero jutro, ale dzisiaj wiele osób i tak świętuje w szkole lub w domu :D

wtorek, 27 października 2015

Rozdział 40

2 tygodnie później...



Stała przed lustrem w pokoju Cecily, gdzie jej druhny - Jessamine, Cecily, a także Sophie - robiły już ostatnie poprawki, dotyczące jej delikatnie jasno kremowo-złotej sukienki ślubnej. Kreacja z Paryża została specjalnie zamówiona przez pannę Lovelace. Plotki o tym, że Francuzi lubią bardzo podkreślające figurę ubrania - nie są fałszywe. Górna część jej sukienki była zrobiona z koronki, a gorset idealnie wyszczuplał jej talię. Dolna część materiału zaczynała się zlewać do ziemi. Jedynie tył się ciągle ciągnął do tyłu.

Do kompletu był długi, przepiękny welon z cudowną koronką na brzegach. Został przypięty pod koka Tessy, który był starannie upięty. Z boku (z tamtej strony również zwisał jej lok), ciągnął się skomplikowany warkocz, który się kończył na drugim boku. Sophie przyozdobiła koka kilkoma maleńkimi, niebieskimi kwiatkami. Dlaczego taki kolor? Bo kwiaty miały być pod kolor naszyjnika, który Tessa dostała od Willa, i który dzisiaj będzie nosiła na sercu, gdy zrobi kolejny ogromny krok w swoim życiu - wyjdzie za mąż.

Ślub miał się odbyć o czternastej w Kolegiacie św. Piotra, czyli w Opactwie Westminsterskim Był to ogromny kościół, który wybrała im Charlotte. To tam koronowano zawsze Brytyjskich władców. Mimo iż Tessa i Will chcieli coś bardziej skromniejszego, pani Branwell uparła się, że ślub musi być niezapomniany. Konsul miał co prawda małe pretensje co do tego, że ceremonia ma się odbyć w kościele, ale narzeczeni stanowczo postanowili, że ślub będzie według tradycji Nefilim, a także po części według tradycji przyziemnych.

Ceremonia miała przebiec następująco: formułka Konsula, przysięga, zamiast wymiany obrączek - runy.

Ponieważ w zwyczaju Nefilim para nie może się widzieć tydzień przed ślubem, pani Wetherby miała mnóstwo czasu, aby zbadać i ocenić krew Tessy. Czarownica stwierdziła, że panna młoda może przyjąć runę, ale tylko jedną, w innym przypadku mogłoby się do dla niej źle skończyć, gdyż jej ciało nie zniosłoby tyle siły. A więc tylko jedna runa - małżeńska.

- Wiesz już gdzie pojedziecie na miesiąc miodowy? - spytała Sophie, poprawiając Tessie delikatny makijaż. Dziewczyna szeleściła swoją sukienką druhny, które miały również pozostałe dziewczyny. Tessa nigdy nie zapomni chwili, w której poprosiła Sophie o zostanie jej druhną. Służąca wytrzeszczyła oczy i mało co nie zemdlała.

- Niestety nie. Will powiedział, że ma to być niespodzianka.

- Mój brat ma dobry gust, jeśli chodzi o wakacje. Pewnie zabierze cię do Francji, Grecji... och lub na Alaskę! - podekscytowała się brunetka z szerokim uśmiechem.

- Gdziekolwiek by mnie zabrał lub nie... będę szczęśliwa, mogąc spędzić ten czas z nim. - uśmiechnęła się na samą myśl o dzisiejszej nocy poślubnej.

- Miłość, miłość, miłość! - jęknęła Jessamine. - Skupcie się! Już musimy iść! Tesso? - blondynka sięgnęła po owinięty kremową wstążką bukiet, składający się z niebieskich orchidei i złotych róż, które podarował jej Magnus. Sięgnęła po bukiet i mocno zacisnęła na nim palce obu dłoni.

Wzięła głęboki oddech i razem z druhnami ruszyła do drzwi z mocno bijącym sercem.

Na dziedzińcu czekał czarny brązowy powóz, który został przyozdobiony różnymi kwiatami. Thomas zszedł na dół i otworzył drzwiczki, pomagając wsiąść wszystkim panną do środka.

***

Podróż trwała mniej więcej pół godziny. Przez cały ten czas, dłonie Tessy były kurczowo zaciśnięte wokół bukietu. Miała wrażenie, że serce jej zaraz wyskoczy, ale kiedy powóz się zatrzymał, wtedy o mało co nie dostała zawału. Nabrała gwałtownie powietrza, zapominając kolejny raz regularnie oddychać. Zamknęła oczy, wmawiając sobie w myślach: Będzie dobrze. Pójdziesz, powiesz "tak" i wyjdziesz. Będzie dobrze. Będzie dobrze.

- No dobrze, a teraz rób to co ja. - nakazała jej Cecily, biorąc głęboki oddech. - Głęboki wdech... - Tessa powtórzyła z miną, jakby miała zaraz wybuchnąć płaczem. - i wydech! Jesteś gotowa! - oznajmiła brunetka, niemal wypychając Tessę z powozu, kiedy drzwi tylko się otworzyły.

Zachwiała się na kamiennym podłożu, ale w końcu odzyskała równowagę i odchrząknęła, rozglądając się. Powóz zatrzymał się dosłownie kilkanaście metrów od drzwi gotyckiej budowli, która miała nie mniej niż sześćdziesiąt metrów wysokości. Miała w sobie coś, co sprawiało, że mogło się na nią patrzeć godzinami z podnieceniem w żołądku.

- No rusz się! - warknęła Jessamine za jej plecami, pomagając przy tym pozostałym dziewczyną nieść materiał sukni.

- Już. - mruknęła Tessa i ruszyła w kierunku drzwi, przy których stała osoba, która miała ją dzisiaj odprowadzić do ołtarza. - Henry! - uśmiechnęła się szeroko, przyśpieszając kroku i jedną ręką, unosząc nieco suknie. - Wyglądasz wspaniale!

- Charlotte mnie zmusiła. - zaśmiał się. - Tak czy inaczej, na pewno nie wyglądam tak wspaniale jak ty. Nie zdziwię się, jeżeli Will zamknie cię później w wieży przed wzrokiem pozostałych.

Zawtórowała mu, dając się wziąć pod ramię. Przez dłuższą chwilę stali w ciszy, wpatrując się niemo w podwójne, masywne drzwi.

- Denerwuję się. - przyznała w końcu cichym, drżącym głosem. W środku dziękowała losowi za kojący, chłodny listopadowy wiatr, bo inaczej cała by już pływała w swoim pocie.

- Spokojnie, nie ma dużo gości. Charlotte mówiła, że tylko coś około stu osób... może dziewięćdziesiąt.

- Wybacz, ale nie pomogłeś.

- Będzie dobrze. - westchnął, klepiąc ją lekko po dłoni.

I w tamtym momencie usłyszeli dźwięki organów (muzyka), dochodzące ze środka.

Drzwi się otworzyły, a ona znalazła się o krok przed przekroczeniem progu do ogromnej i przestronnej sali. Już w drzwiach mogła zobaczyć wyrzeźbione kolumny, sufit, piękne ikony, przystrojone cienkimi, złotymi wstążkami ławy, które już były zapełnione gośćmi, a także czerwony dywan, na który posypano czerwone płatki róż. Gdyby ktokolwiek jej kiedyś powiedział, że jej ślub odbędzie się w takim kościele, to zapewne wyśmiałaby tego człowieka.

Wzięła głęboki oddech i ruszyła...

Pierwszy krok...
Nikt się na mnie nie patrzy.

Czwarty krok...
Wszyscy mają cię gdzieś.

Dziewiąty krok...
Nikt cię nie widzi.

To było na nic. Doskonale wiedziała, że każda para oczu w tej sali jest skierowana na nią. I choć ona patrzyła na okno daleko przed sobą, trudno było jej ukrywać rumieńce. Miała ochotę uciec. Nogi jej drżały ze strachu. Oddychała głęboko, nabierając powietrze przez nos, a następnie wypuszczając je przez leciutko otwarte usta.

Miała wrażenie, że droga się ciągnie w nieskończoność. Już prawie spanikowała, gdy spuściła wzrok z okna niżej - na ołtarz. Wtedy stało się coś, co było jej trudno opisać. Gdy w połowie swojej drogi zobaczyła Willa, jej wzrok automatycznie się do niego przyczepił. Jego twarz, uśmiech, oczy... och, były niczym magnes i lek uspakajający w jednym. Przy ołtarzu, kiedy na nią czekał, w swoim kremowo-złotym garniturze, to nie wyglądał jak książę z bajki, o którym marzą wszystkie dziewczyny, ale niczym odważny wojownik o pięknym sercu. Jej nadal waliło... ale tym razem na jego widok. Chciała się rzucić biegiem ku niemu i wpaść w jego ramiona, by móc poczuć bezpieczeństwo i ukryć się przed wzrokiem innych.

***

Zmierzała ku niemu. Tak piękna. Tak czysta. Tak niewinna. Niczym anielica niosąca światło, którą była dla nich wszystkich, a przede wszystkim dla niego. Nie potrzebowała skrzydeł, białej szaty lub aureoli. Była o wiele piękniejsza bez tych wszystkich drobiazgów. Była Tessą, jego Tessą, którą za chwilę miał poślubić, spędzić dzisiejszą noc i resztę życia. Na samą myśl uśmiechnął się szerzej.

Z każdą sekundą co raz bardziej się niecierpliwił. Tak bardzo chciał ją już mieć przy sobie, aby móc wypalić runę na jej ciele i przypieczętować wszystko pocałunkiem, na który czekał długi tydzień. Cieszył się, że było tyle osób, bo chciał, aby jak najwięcej ludzi zobaczyło, jak bardzo kocha Tessę, a ona jego.

Gdy nareszcie zrobiła ostatni krok, Henry przekazał jej dłoń Willowi, który ujął ją najdelikatniej jak umiał. Ona wręcz przeciwnie - zacisnęła swoje palce na jego dłoni z niesamowitą siłą. Czuł, że się denerwowała, dlatego kciukiem lekko kreślił kształty na jej gładkiej skórze.

Kiedy tylko jej druhny ułożyły jej suknie i stanęły za nią, tak jak Jem, Gabriel i Gideon za nim, oboje odwrócili się w stronę Konsula Waylanda, który z lekkim uśmiechem skierował wzrok na publiczność.

- Zebraliśmy się tutaj wszyscy, aby po raz kolejny być świadkami tego, jak potężna potrafi być miłość. Kiedy jej połówka zagości w naszych sercach, już nigdy nie odejdzie, lecz połączy nas z drugą połówką, która będzie dla nas cenniejsza niż skarb, piękniejsza niż sny i jaśniejsza niż słońce. Odnajdując swoją bratnią duszę, odnajdujemy samych siebie. Stajemy się silniejsi i gotowi do poświęceń. Związujemy się z tą osobą do końca naszego życia, bo to ona sprawia, że światło jest jaśniejsze, sny bardziej realne, a świat piękniejszy. Dwie osoby, dla których się tu dzisiaj zebraliśmy, też dostały szansę, aby ich serca mogły się odnaleźć. Stoją tutaj William Herondale i Theresa Gray, a my dla nich, bo połączyła ich miłość, która zwiąże ich dzisiaj na wieki wieków. - Po swojej przemowie Konsul skinął głową, dając znak, aby para odwróciła się do siebie. Tak też zrobili.

Patrzył w jej szare oczy, które błyszczały jak nigdy dotąd.

- Proszę, powtarzać za mną. - nakazał mężczyzna. - Ja, William Herondale...

- Ja, William Herondale...

- ...biorę cię, Thereso Gray za żonę i ślubuję ci...
- ...biorę cię, Thereso Gray za żonę i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Póki me serce nie przestanie bić, miłować cię będę całym sobą i całym sercem, które będzie twoim schronieniem i domem. U twojego boku będę stał i oparciem twoim będę, w zdrowiu i chorobie, w te dobre, jak i złe dni. Przysięgam opiekować się tobą i chronić od wszelkich niebezpieczeństw. Pragnę widzieć twój uśmiech i mieć cię blisko siebie każdej chwili... dzisiaj, jutro, na zawsze, aż do śmierci i po niej.

Tessa wiedziała, że Will wypowiedział słowa nie, bo tak było w tradycji, lecz bo ją kochał. Słowa, które mówił, płynęły prosto z jego serca, sprawiając, że na jej policzku błysnęła łza.

- Ja, Theresa Gray... - kontynuował Konsul.
- Ja, Theresa Gray... - powtórzyła nieco drżącym głosem, lecz po chwili wzięła się w garść.

- ...biorę cię, Williamie Herondale za męża i ślubuję ci...
- ...biorę cię, Williamie Herondale za męża i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Będę twym oparciem każdej chwili i każdego dnia, do póki los nas nie rozłączy. Przysięgam być nie tylko twoją żoną, ale i przyjaciółką, u której zawsze znajdziesz zrozumienie. Ty jesteś moją duszą, największym pragnieniem dla którego żyję. Pragnę dzielić z tobą każdy smutek i radość. Twoja obecność jest jak nieskazitelny podmuch wiatru, w którym znajduję spokój i ukojenie. Nie mogę ofiarować ci dużo, ale mogę ofiarować ci całą siebie, z wadami i zaletami i z sercem pełnym bezwarunkowej miłości do ciebie... dzisiaj, jutro, na zawsze, aż do śmierci i po niej.

Po wypowiedzeniu tych słów, zacisnęła usta, aby nie wybuchnąć płaczem. Mocniej ścisnęła jego dłoń, tym samym sprawiając, że aż zbielały jej kostki.

- Jeżeli ktokolwiek tutaj ze zgromadzonych zna przeszkody, dla których ci dwoje nie powinni być razem, niech przemówi teraz lub zamilknie na wieki.

Cisza...

Cisza...

Cisza...

- Tak więc oznaczcie się runami w imię Razjela, które będą największym dowodem waszej miłości.

Po słowach Konsula, podeszła około dziesięcioletnia dziewczynka o blond lokach. Miała na sobie lakierowane sandałki i błękitną sukienkę do kolan na koronkowych ramiączkach. Obiema dłońmi trzymała kremową poduszkę o złotych brzegach, na której leżała stela z cymofanu. Jej zakończenie było zrobione ze skapolitu, tak jak i liana z listkami, pnąca się po całym narzędziu.

Will sięgnął po stelę, po czym wolną dłonią odchylił nieco koronkę na jej piersi, ciągnąc ją w dół. Następnie przyłożył chłodny czubek steli do jej skóry nad jej piersią.

- Przyjmij tę runę, jako dowód mojej miłości w imię Razjela. - i z precyzją zaczął kreślić znak. Czuła pieczenie, ale na szczęście było znośne. Już po chwili czuła taki sam zapach, jaki miał na sobie Will za każdym razem, gdy się do niego przytulała.

Uśmiechnęła się lekko pod nosem, przejmując od niego stelę. Powoli rozpięła kilka guzików jego marynarki, a następnie koszuli. Przyłożyła czubek przedmiotu do jego piersi, tuż nad jego sercem.

- Przyjmij tę runę, jako dowód mojej miłości w imię Razjela. - powtórzyła i zaczęła kreślić runę. Uczyła się jej przez cały tydzień, więc umiała ją perfekcyjnie. Z zaciśniętym ustami kreśliła linie. Gdy skończyła, odłożyła stelę z powrotem na poduszkę i ponownie złapała się za ręce z Willem, z którym wymieniła lekkie uśmiechy. Następnie obydwoje spojrzeli na Konsula, który zadał najważniejsze pytanie w całej ślubnej ceremonii, na które para musi odpowiedzieć słowem tak lub nie.

- Tak - odpowiedział wyraźnym i donośnym głosem Will, tym samym mocniej ściskając jej dłoń.

Kiedy przyszła kolej na Tessę, zdała sobie sprawę, że po jej policzku spływa kolejna ciepła łza. Cichym głosem odpowiedziała, patrząc z miłością na Willa:

- Tak.

- Więc ogłaszam was mężem i żoną w imię Razjela. - oznajmił Konsul, wywołując oklaski gości. Nie musiał nawet mówić "Możecie się pocałować", bo Will już przyciągnął Tessę do siebie, łącząc ich usta w namiętnym, pełnym miłości pocałunku, który przypieczętował całą ich przysięgę.

Czuła motylki w brzuchu, ale i swoje mocno bijące serce. Oddawała pocałunek długo, całkiem zapominając o oddychaniu. Będąc w jego ramionach, miała wrażenie, że istnieli tylko oni, a dookoła ich nie było nikogo. Sekunda była minutą, minuta godziną, a godzina dniem...










Wiem, że rozdział miał obejmować więcej, ale po prostu brak mi teraz czasu, bo mój semestr jest -że się tak wyrażę- do dupy: Fizyka, matma, szwedzki, historia, fiński, polski, geografia.
W dodatku bardzo mi się późno kończy szkoła i muszę się uczyć w domu, więc jednym słowem: BRAK CZASU

Gdybym miała napisać rozdział obejmujący wszystko co chciałam, to prawdopodobnie pojawiłby się dopiero za kilka tygodni, a ja sama nie potrafię wytrzymać bez pisania, szczególnie kiedy mam wenę ;(( Więc macie tutaj taki jaki jest. Mam nadzieję, że mi wybaczycie :*

PS. Z całego serca chcę wam Aniołki podziękować za 39 542 wyświetlenia na blogu!!! Naprawdę nie wiem co powiedzieć <3

czwartek, 22 października 2015

Rozdział 39

Kilka dni później Tessa szykowała się na zebranie Enklawy, które miało się odbyć o piętnastej w specjalnej piwnicy. To dzisiaj Benedict i Tessa zostaną przesłuchani. Jedno z nich wygra i jedno z nich przegra. W środku wiedziała, że musi dać z siebie wszystko i nie przegrać, nie dać się obarczyć fałszywymi oskarżeniami przez Lightwooda. Nie mogła skończyć, będąc skazaną do cel Miasta Kości lub, co gorsza, na śmierć. Musiała żyć i zapewnić bezpieczeństwo swojemu dziecku.

Na samą myśl o nim, usłyszała gaworzenie dobiegające z kołyski. Wsunęła spinkę z małą białą cyrkonią do końca w kok, po czym z uśmiechem podeszła do bujającego się lekko mebelka. Zajrzała do środka, widząc jak niemowlę bawi się swoim misiem. Niebieskie oczka - jak zawsze ciekawe świata - dokładnie badały każdy szczegół zabawki. Uśmiechnęła się szerzej, gładząc dłonią miękkie brązowe włoski.

Z każdą chwilą jej miłość do chłopca rosła. Teraz już nie mogła wyobrazić sobie bez niego życia. Uwielbiała na niego patrzeć, trzymać go, karmić i się z nim bawić. Will miał bardzo podobnie, tyle że on wolał już go uczyć wszystkich run i nazw broni.

- Tess? - poczuła jak znane ramiona ją obejmują w pasie, przyciągając do siebie. Obróciła się, wtulając twarz w jego koszulę. W tym samym czasie jego dłoń czule zaczęła gładzić jej włosy. - Serce wali ci niczym młot. - szepnął, całując ją w głowę.

- Boję się. - przyznała, wpatrując się nieco w przestrzeń.

- Wygrasz, a Benedict zapłaci za krzywdy, które ci wyrządził.

- Lub przegram, a Benedict dopilnuje, abym skończyła w więzieniu.

- Prędzej mnie zabiją za zabicie jego. Przestań myśleć o takich rzeczach. Przejdziemy przez to... razem, a potem staniemy przed ołtarzem. Ty w złotej sukni i ja duszący się przez muszkę na mojej szyi.

- Duszący? - oderwała głowę, aby móc spojrzeć mu w oczy.

- Jestem pewien, że kiedy Gabriel będzie mi pomagał się przygotowywać, to zaciśnie mi ją niemal tak mocno, jak Jessamine tobie gorset.

Mimo woli parsknęła śmiechem, dając mu następnie szybkiego całusa w usta. Próbowała odejść, ale jej talia została unieruchomiona.

- Jeszcze nie skończyłem. - ostrzegł, przyciągając ją ponownie do siebie, ale tym razem plecami. Objął ją całą ramionami, opierając brodę na jej ramieniu, tak że obydwoje mogli teraz patrzeć do środka kołyski.

- Jeszcze nie jesteś moim mężem, więc nie masz prawa mi rozkazywać. - przypomniała z rozbawieniem.

- Ale jako twój narzeczony żądam szacunku. - oznajmił tuż przy jej uchu, po czym ustami zjechał na jej puls na szyi. Złożył na skórze lekki pocałunek, mocniej ją obejmując. Jej serce zabiło jeszcze mocniej na uczucie fali ciepła.

Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Tessa odsunęła się od Willa i poszła otworzyć drzwi, za którymi zastała Sophie.

- Panienko, Pani Branwell prosi, abyś się już stawiła. Enklawa już przybyła.

- Rozumiem... już idę. Proszę cię, abyś tym czasem zajęła się Noahem.

Służąca kiwnęła głową, po czym weszła do środka. Zatrzymała się obok kołyski, czekając, aż Will i Tessa wyjdą.

Trzymając się za ręce, skierowali się w stronę piwnicy. Zeszli po kamiennych schodkach, aż dotarli do masywnych drzwi. Zapukali kilka razy do drzwi, po czym weszli zastając wszystkich członków Enklawy, a także mieszkańców instytutu za kamiennymi stołami, które tworzyły krąg. Wzrok wszystkich został skierowany w ich stronę, gdy poszli zająć swoje miejsca.

Konsul Wayland wstał i zszedł niżej po dwóch kamiennych stopniach, stając w środku kręgu z rękami splecionymi z tyłu.

- Omawiać będziemy sprawę między Benedictem Lightwoodem - Konsul wskazał dłonią na wybraną osobę. - a panną Theresą Gray. Każde z nich po kolei wyjaśnij, o co oskarża drugą osobę. Na koniec ustalimy werdykt. Ale teraz prosiłbym o zaczęcie pannę Gray. - mężczyzna wrócił na swoje miejsce.

Tessa wzięła głęboki oddech, starając się uspokoić walące serce. Następnie wstała, puszczając dłoń Will. Dziwnie się poczuła, kiedy nie czuła już jego dotyku. Miała wrażenie, że zaraz stchórzy i ucieknie. Nogi jej drżały ze strachu i podniecenia, ale wiedziała, że musi nad sobą zapanować. Wzięła kolejny głęboki oddech i kiedy wypuściła powietrze, stała już w środku kręgu.

- Panno Gray, podobno oskarża Pani Benedicta Lightwooda o próbę morderstwa dziecka.

- Tak, Konsulu. - kiwnęła głową. - Szantażował mnie i groził.

- Kłamstwo! - Benedict stanął na równe nogi, palcem wskazując na dziewczynę.

- Benedykcie. - Konsul wskazał dłonią na krzesło. Mężczyzna się opanował i zaciśniętymi ustami opadł na swoje miejsce. - Proszę kontynuować, panno Gray. Po kolei.

Odchrząknęła.

- Kiedy na wróciłam do instytutu na pański rozkaz, Konsulu, Benedict zaszantażował mnie. Nakazał mi po urodzeniu dziecka opuścić Londyn i na zawsze zapomnieć o Świecie Cieni. Miałam sama wychowywać dziecko w niewiedzy i utrzymać się z pieniędzy, które miał mi dać. Gdy się mu sprzeciwiłam, zagroził, że każe zabić mojego syna. Wykorzystał to, że uczynił go Pan swoją prawą ręką!

Benedict chciał wstać i zaprzeczyć, ale Konsul go powstrzymał gestem ręki.

- Coś jeszcze, panno Gray?

- Tak - warknęła. - dzień po powiciu dziecka, pan Lightwood do mnie przyszedł i kazał się wynosić jak najszybciej...

- Przepraszam, że przerwę. - przerwała Charlotte, podnosząc rękę. Kobieta spojrzała znacząco na Konsula i dodała: - Chciałabym dodać, że poród panny Gray trwał prawie dwadzieścia-cztery godziny. Jej życie było zagrożone. Powinna była odpoczywać w następnych dniach bez presji, którą niestety obarczył ją pan Lightwood, przychodząc wtedy do niej.

- Dziękuję, Charlotte. A teraz proszę kontynuować, panno Gray.

Tessa skinęła głową i odchrząknęła.

- Kiedy mnie chciał popędzić z wyjazdem, dodał, że jeżeli będę specjalnie zwlekała, to poderżnie gardło i mi i dziecku.

- Co?! - wściekły głos Willa odbił się w całej sali. Kiedy Tessa spojrzała w jego stronę, zobaczyła, że Gabriel i Jem próbują go uspokoić, gdyż ten wstał ze swojego miejsca.

- Jak śmiesz tak łżeć?! - tym razem, to Benedict się uniósł, dłonią waląc w kamienny stół. Lecz zanim Konsul zdążył uspokoić kolejną osobę, teraz to Tessa już nie wytrzymała.

- Chyba jak ty śmiesz mówić, że łżę?!`Jeżeli naprawdę tak jest, to jak wyjaśnisz to?! - po wypowiedzeniu słów ostrym tonem, obciągnęła nieco suknie w okolicach lewego ramienia, ukazując na skórze bliznę długości palca wskazującego.

Wszyscy ucichli. Dosłownie. Grobowa cisza trwała przez co najmniej pół minuty. W końcu to Konsul przerwał ciszę, pytając:

- Czy Benedict to pani zrobił?

- Tak, srebrnym sztyletem ze swoimi inicjałami na rękojeści. - oznajmiła. Poczuła narastającą w niej odwagę i dumę, na myśl, że teraz Benedict się tak łatwo nie wywinie. Skrzywdził ją i chciał skrzywdzić jej syna, więc nie mogła mu tego tak po prostu odpuścić.

- Benedykcie, chciałbym zobaczyć broń, o której mówi panna Gray. Jeżeli pozwolisz... - Konsul wyciągnął znacząco dłoń do mężczyzny, który nerwowo skakał wzrokiem z Tessy na niego. Lecz po dłuższej chwili walki, sięgnął do paska spodni, wyciągając z niego sztylet i podając go następnie Konsulowi z zaciśniętymi ustami.

- Czy to ten? - spytał mężczyzna, unosząc broń, którą Tessa doskonale pamiętała. Kiwnęła głową na potwierdzenie, na koniec jeszcze dodając:

- To wszystko, co chciałam powiedzieć. Liczę, że osądzi nas Pan sprawiedliwie. - oznajmiła, po czym wróciła na swoje miejsce z dudniącym sercem. Miała wrażenie, jakby dopiero zjechała po linie ze stu metrów. Tak dużo adrenaliny w niej płynęło, że żałowała iż nie ma więcej szczegółów do powiedzenia o Benedykcie. Chętnie by mu jeszcze coś zarzuciła.

- Dlaczego mi nie powiedziałaś o tej bliźnie? - usłyszała szept obok ucha.

- Will, miałam ryzykować tym, że pobiegniesz i go zabijesz bez mrugnięcia okiem? Potrzebowaliśmy go jeszcze żywego.

Pod stołem w pewnej chwili poczuła, jak chłopak ściska jej dłoń.

- Wiem.

- Benedykcie Lightwoodzie, wystąp proszę!

Mężczyzna kiwnął głową, wstał i poszedł stając w tym samym miejscu, co Tessa niecałe dwie minuty temu. Odchrząknął.

- Jak już wszyscy wiemy, w żyłach panny Gray o prócz krwi Nefilim, płynie również krew demona. Może ona posiadać podobny charakter. Nie mamy pewności, że jest dla nas bezpieczna, zupełnie tak jak i jej nieślubne dziecko...

- Wypraszam sobie! - przerwała mu Tessa. - Moje dziecko posiada rodziców...

- Którzy się pobiorą w najbliższym czasie! - dokończył za nią Will.

- Doprawdy? - wtrącił Konsul, unosząc brwi.

- Tak, mieliśmy dzisiaj o tym pana poinformować.

- W takim razie bardzo wam gratuluję.

- Dziękujemy. - odpowiedział ponownie chłopak za nich dwoje.

- Kontynuując.... - odchrząknął Lightwood. - nie mamy pewności, że panna Gray i jej syn są niegroźni dla nas, jak i dla przyziemnych. Jak sam Konsul pamięta, panna Gray zacięcie walczyła do końca o odszkodowanie za jej rodzinę, nie bojąc się konsekwencji, jakie mogła ponieść. Co jeśli ukrywa przed nami wszystkimi jakąś niebezpieczną moc? Nie zapominajmy, że jest ona zmiennokształtną i nigdy nie będziemy mieć co do niej pewności.

- Ale czy przyznajesz się do zarzutów zarzuconych ci przez pannę Gray?

- Nie. - odpowiedział automatycznie mężczyzna i wrócił na swoje miejsce.

Tessa prowadziła walkę na spojrzenia z Benedictem. Widziała w jego oczach nienawiść skierowaną do niej, ale nie poruszało to jej, bo jej nienawiść do niego była równie duża.

- Panno Gray, Benedykcie, proszę was o puszczenie sali, do póki kogoś po was nie poślemy. Tym czasem Enklawa omówi całą sprawę i ustali wyrok.

Dziewczyna westchnęła i nie patrząc na Willa, wstała, wychodząc. Stała razem z Lightwoodem w korytarzu, który oświetlała jedynie pochodnia na ścianie.

Zaczęła krążyć nerwowo w tę i we w tę, nie odzywając się ani słowem do mężczyzny, który ją obserwował. Była pewna, że gdyby jego wzrok mógł zabijać, to już dawno byłaby martwa. Część jej chciała się na niego rzucić i wydłubać oczy, a druga zaczekać, aż Konsul wyda wyrok, który albo da nowy początek jej życiu, albo jego koniec. Dlatego też stanęła w miejscu i wzięła głęboki oddech.

Spokój.

Spokój.

Spokój.

- Wiesz, że przegrasz.

Furia.

Otworzyła oczy i nie mogąc wytrzymać, rzuciła się w jego stronę.

- Zrób mi coś...! - zaczął ostrym tonem, na co Tessa się zatrzymała dosłownie niecałe pół metra od niego. - a użyję tego przeciwko tobie! - zagroził.

- Idź do piekła. - syknęła, odsuwając się od niego o kilka kroków.

- Wylądujemy tam razem, możesz mi wierzyć. - odpowiedział jej spokojnie z lekkim uśmiechem, który tak bardzo ją zirytował, że zacisnęła zęby.

Oparła się o ścianę i zamknęła oczy, czekając...

***

Po długich dwudziestu minutach, drzwi zostały nareszcie otworzone przez Inkwizytora, który skinął głową, dając znak, aby weszli. Tessa wzięła głęboki oddech, po czym weszła do środka zaraz za Lightwoodem.

Wszystkie oczy były zwrócone ku im, ale Tessa patrzyła jedynie w oczy Willa, które były pełne troski.

Stanęła razem z Benedictem po środku, patrząc oczekująco na Konsula, który wziął do ręki kartkę papieru i odchrząknął.

- Enklawa omówiła całą sprawę pomiędzy wami i ustaliła wyrok. - oznajmił, po czym ponownie przeniósł wzrok na dokument. - Benedykcie Lightwoodzie, za grożenie ciężarnej kobiecie, zranienie jej, usiłowanie zabicia dziecka, które nie dożyło jeszcze roku i zdradę, zostałeś uznany za winnego. Za takie wyczyny powinieneś otrzymać karę śmierci, ale ponieważ przez większość czasu dobrze służyłeś Enklawie, skazuję cię do cel Cichego Miasta, gdzie spędzisz resztę swojego życia. Po śmierci twe prochy nie zostaną uznane do budowy Miasta, dlatego też zostaną one przekazane twojej rodzinie.

- Co?! - Lightwood wydał z siebie niemal dźwięk podobny do ryku lwa. - Nie macie prawa i dowodów!

Tessa chciała się odsunąć z obawą, że Benedict zaraz ją uderzy ręką, którą wściekle wymachiwał, ale zanim zdążyła wystarczająco się odsunąć, ten doskoczył do niej. Jednym ramieniem ją ścisnął, drugą dłoń zaciskając na boku jej głowy.

- Jeden ruch, a skręcę jej kark! - zagroził, gdy Konsul, jak i wszyscy pozostali w sali stanęli na równe nogi z przerażonymi minami.

Serce jej biło jak oszalałe, a jej płuca nie potrafiły pomieścić powietrza. Musiała ciężko oddychać, aby zostać przytomną. Dłonie trzymała mocno zaciśnięte na ręce Benedicta, która była kurczowo zaciśnięta na jej ciele.

- Jeżeli jej coś zrobisz, zostaniesz skazany na tortury, do póki nie umrzesz! - zagroził Konsul, nerwowo zerkając to na Lightwooda, to za niego.

- Ojcze, puść ją. - usłyszała za nimi głos Gabriela.

- Ty i Gideon nie macie prawa się już tak do mnie zwracać! Sprzeciwiliście się mi i stanęliście przeciwko mnie! Już dawno się was wyrzekłem! - po tych słowach żaden z młodych Lghtwoodów się już nie odezwał.

- Panie Lightwood... - zaczęła przez zaciśnięte zęby, czując jak jego ręka zaczęła wschodzić wyżej, zaczynając ją dusić. - proszę... błagam... - zanim zdążyła wydukać kolejne słowo, usłyszała dźwięk metalu, przeszywającego ciało. Nagle uścisk Lightwooda się rozluźnił. Wyrwała się, odbiegając od niego o kilka metrów. Trzymając się za gardło i ciężko oddychając, stanęła na schodkach, tuż obok miejsca Cecily. Brunetka złapała Tessę za ramiona, pilnując aby ta utrzymała się na nogach.

Dopiero po chwili mogła ocenić sytuację. Benedykt leżał skulony na ziemi ze sztyletem wbitym głęboko w jego ramię. Mężczyzna jęczał niezrozumiałe słowa, trzymając się za rękojeść broni. Rozpoznała broń. Od razu spojrzała na Jem'a, który stał wyprostowany i oddychał ciężko jak po biegu.

Blondyn spojrzał na nią i posłał jej lekki uśmiech, który ona odwzajemniła, mogąc się już wyprostować.

Dwóch mężczyzn wstało i podeszło do Benedykta, wyciągając sztylet z jego ramienia i wynosząc go następnie z sali.

- Panno Gray, czy nic się Pan nie stało? - spytał Konsul, lecz zanim zdążyła odpowiedzieć, dodał jeszcze: - Proponuję, aby Pani usiadła na swoim miejscu.

- Dziękuję. - powiedziała i zajęła swoje miejsce, niemal na nie upadając. Zanim się skupiła, nachyliła się do ucha Jema i szepnęła ciche "dziękuję". Kiedy się wyprostowała, poczuła jak czyjaś dłoń zaciska się na jej dłoni. Will. Spojrzała na niego, widząc jego pytającą minę.

- Nic mi nie jest. - odpowiedziała cicho, po czym przeniosła wzrok na Konsula, który wziął do ręki kolejny dokument. - Thereso Gray, uznałem cię za niewinną. Zostajesz zwolniona z nadzoru, będąc wolną. Enklawa pochowała twoją ciotkę i brata na cmentarzu w Nowym Jorku, obok grobu twoich rodziców. Jako dodatkowe odszkodowanie, otrzymasz kopertę z pieniędzmi o sumie dwóch tysięcy funtów. - oznajmił Konsul i odłożył kartkę papieru. - Sprawę uznaję za zakończą.

Tessa pisnęła i rzuciła się Willowi na szyję, zanim ten mógł do końca rozprostować nogi. Zachwiał się, ale w końcu złapał równowagę, obejmując ją w pasie i przyciągając do siebie. Ich wargi złączyły się w namiętnym pocałunku, który cieszył się sporą publicznością. Ale ona nie zwracała na to uwagi. Czuła się, jakby dostała parę przepięknych skrzydeł... jakby wszystko dookoła nabrało kolorów! Była tak szczęśliwa, że nie potrafiła tego wyrazić.

Poczuła zbierające się w oczach łzy, na myśl, że to już koniec tego wszystkiego, że zacznie nowe życie, że wyjdzie za mąż, mając u boku nową, wspaniałą rodzinę.


Przepraszam, że dopiero dzisiaj dodaję rozdział (ale dłuższy!XD), ale nie zdążyłam go po prostu wstawić we wtorek ;( Ale jest dłuższy niż poprzedni i z happy endem :D WAŻNA informacja jest taka, że (tak myślę) do końca naszej historii zostały about dwa rozdziały.

W kolejnym: ślub Wessy, noc poślubna, miesiąc miodowy (może być również dość długi, więc proszę się nie złościć, jeżeli nie pojawi się w konkretnym dniu).

W ostatnim: mały skok w przyszłość, obraz jak układa się naszym Herondale'om i pozostałym ;)

niedziela, 18 października 2015

Rozdział 38

- Jesteś pewien, że to zadziała? - spytała po raz kolejny, wyglądając przez okno powozu.

- Tess... - zaczął Will, ściskając lekko jej dłoń. - kiedy Benedict i Konsul się dowiedzą o naszym małżeństwie, to nie będą mieli prawa cię wyrzucić.

- Chodzi mi o Noah.

- Pani Wetherby jest czarownicą, więc zapewni Konsula o tym, że dziecko nie jest niebezpieczne. Poprosimy również Magnusa, aby to potwierdził. Nie będą mieli wyboru, a Benedict Lightwood wymówek. - na koniec posłał jej jeszcze lekki uśmiech, który ona odwzajemniła.

- Ooo... - zajęczała Cecily, która wciąż trzymała śpiącego Noah na rękach. - wciąż nie mogę uwierzyć, że jesteście zaręczeni i weźmiecie ślub!

- Ja też nie. - przyznała Tessa z uśmiechem i nie kłamała. Wciąż nie mogła uwierzyć, że w tej chwili wraca do Instytutu, razem ze swoim przyszłym mężem. Jeszcze dzisiaj wszystko się nareszcie skończy, a ona i Noah będą bezpieczni. A już wkrótce przyjmie nowe nazwisko, które sprawi, że będzie miała nową rodzinę. Wszystko było jak spełnienie jej najskrytszych marzeń. Na tą myśl poczuła motylki w brzuchu, przez co mocniej ścisnęła dłoń Willa.

***

Powóz ledwo się zatrzymał, a drzwi już zostały gwałtownie otworzone przez Charlotte. Kobieta, widząc Tessę, złapała ją za nadgarstek niemal brutalnie wyciągając.

- Coś ty sobie myślała?! - Charlotte trzymała Tessę mocno za ramiona, mierząc jej ciało wzrokiem.

- Ja...

- Liczę, że mi to wyjaśnisz! Jak mog... - kobieta nie dokończyła, widząc na dłoni dziewczyny pierścionek. Ujęła jej dłoń, aby móc lepiej się mu przyjrzeć. Pozostali, którzy stali przy wejściu do Instytutu również się nieco przybliżyli.

Czując na sobie wzrok wszystkich, zarumieniła się.

- Cz-czy ty jesteś zaręczona? - spytała cichym głosem kobieta, patrząc na nią następnie szeroko wytrzeszczonymi oczami. Lecz zanim Tessa zdążyła jej odpowiedzieć, Will szybkim krokiem podszedł do niej, przejmując jej dłoń od Charlotte.

- Tak, ze mną. - oznajmił.

***

- Kiedy zamierzacie się pobrać? - spytała Charlotte.

Will i Tessa razem z Noah na rękach siedzieli na kanapie w biurze Charlotte. Kobieta widocznie wciąż nie mogła otrząsnąć się z szoku, ponieważ zaraz po wejściu do biura, nalała sobie pełny kieliszek wina, którym popijała co drugie słowo.

- Nie wiemy jeszcze, ale mamy nadzieję że wkrótce. - odpowiedziała Tessa. - Najpierw musimy załatwić sprawę z Benedictem.

- O nie - warknęła kobieta, gwałtownie odkładając pusty kieliszek. - tym razem, to ja to załatwię. Żaden drań nie będzie groził mojej rodzinie, a już na pewno nie tobie lub Noah. - oznajmiła.

- Ja też nie mogę tak tego zostawić. - wtrącił Will. - Grożono mojemu synowi i narzeczonej. Nie odpuszczę, do póki Benedict nie zostanie ukarany.

Narzeczona, narzeczona, narzeczona, pomyślała Tessa. Zawsze, kiedy tak o niej mówił, czuła motylki w brzuchu i miłe ciepło oblewające jej serce. Podobało jej się to określenie. Zastanawiała się jak będzie się czuła, gdy w końcu zamiast narzeczonej, Will będzie ją nazywał swoją żoną. Uśmiechnęła się lekko na samą myśl.

- Możecie iść. Jestem pewna, że pozostali już stoją za drzwiami, aby wam pogratulować. - uśmiechnęła się. - Ja też wam bardzo gratuluję. Naprawdę się cieszę.

Tessa odwzajemniła uśmiech, po czym wstała i razem ze swoim narzeczonym opuściła pomieszczenie. Tak jak mówiła Charlotte, za drzwiami byli pozostali, którzy złożyli im gratulacje. Jessamine i Cecily zaczęły zacięcie planować ślub, a mężczyźni omawiać wybór potraw i napitku.

Dopiero po głośnym obiedzie Sophie zaproponowała, że zajmie się dzieckiem. Tym czasem Tessa i Will mieli czas dla siebie, który spędzili na najwyższym balkonie budynku, z którego był idealny widok na Londyn.

Lekki, chłodny wiatr powiewał, niosąc ze sobą kolorowe liście.

- Wiedziałaś, że zaręczyny Nocnych Łowców polegają na wymienianiu się pierścieniami rodowymi?

- Nie. - przyznała i oderwała wzrok od krajobrazu, przenosząc go na chłopaka. - Dlaczego więc nie dałeś mi swojego? Za bardzo się do niego przywiązałeś? - zaśmiała się.

- Również, ale... pomyślałem, że zaręczyny w stylu przyziemnych będą bardziej romantyczne i piękniejsze.

- I nie myliłeś się. - potwierdziła, przyglądając się pierścionkowi. - Jest piękny, tak jak i naszyjnik. - dotknęła niebieskiego kamienia, spoczywającego na jej szyi. - Idealnie zastępuje mi mojego aniołka.

- I pięknie w nim wyglądasz, kochanie. - z lekkim uśmiechem pogładził jej policzek. Poczuła jak na jej twarz wpływa krwisty rumieniec.

- A teraz przyznaj się, kiedy kupiłeś pierścionek? - zmieniła temat.

- Dzień po tym, jak urodziłaś. Kupiłem go od Starej Molly.

- Od kogo? - zmarszczyła brwi.

- Stara Molly to pewien duch, jeden z najsilniejszych. Nie raz sprzedawała mi cenne przedmioty, mające swoją historię. Na przykład, twój pierścionek należał do pewnej brytyjskiej księżniczki.

- Skąd Molly go miała? - wciąż mając zmarszczone brwi, przyjrzała się pierścionkowi.

- Nie może wychodzić po za cmentarz, więc kradnie różne rzeczy z trumien pod ziemią i tym handluje.

- Och... - wymsknęło się jej. - Więc on jest... skradziony?

- Użyłbym na to określenia "przeznaczony innej osobie". Uwierz mi, jestem pewien, że księżniczka nie byłaby na ciebie zła. O ile się nie przesłyszałem, Stara Molly wspominała o tym, że ta dziewczyna miała wyjątkowo... odrażającą urodę.

- Och...

Wiem, że rozdział (znowu) krótki, ale nie było mnie dzisiaj przez dłuższą część dnia w domu. Mam nadzieję, że doczekacie do wtorku. Wtedy pojawi się next, który postaram się, aby był dłuższy :***