piątek, 2 października 2015

Rozdział 32

- Nie mogę uwierzyć! - krzyknęła Charlotte po raz kolejny.

- To uwierz, bo ja ci drugi raz tłumaczył nie będę. - ostrzegł Will, rozparty na fotelu w gabinecie.

- Gdzie Tessa?

- Po dojechaniu do instytutu zamknęła się w swoim pokoju. Jest na mnie zła.

- Za co?

- Za to, że poinformowałem ją o wszystkim dopiero w połowie drogi.

- Nie mogłeś jej o tym powiedzieć wcześniej?

- Wtedy by na pewno nie chciała się ruszyć z domu. Musielibyśmy ją wyciągnąć siłą, a Jeanine powiedziała, że nerwy nie są wskazane w czasie ciąży.

- Tak czy siak, Tessa jest zdenerwowana na ciebie.

- Ale przynajmniej obyło się bez szarpaniny zanim weszła do powozu.

Charlotte opadła na fotel, pocierając skronie. Ziewnęła. Była niesamowicie śpiąca. Pracowała do późna, a kiedy się nareszcie położyła, obudziły ją krzyki kłócących się Tessy i Willa. Zarzuciła wtedy szlafrok i biegiem zeszła na dół. Niestety zastała tam tylko Willa. Tessa zdążyła pójść prawdopodobnie do pokoju, a pani Wetherby odjechała razem z woźnicą.

- Muszę porozmawiać z konsulem. - oznajmiła w końcu. - Napiszę do niego list z prośbą o spotkanie, a ty idź na śniadanie. Ja dołączę później.

Ten tylko kiwnął głową i wstał. Otworzył drzwi, ale zanim wyszedł, odwrócił się jeszcze do kobiety.

- Nadal nas nienawidzisz? - spytał. Na jego pytanie Charlotte posłała mu smutny uśmiech.

- Nie... choć wciąż uważam, że byliście nie odpowiedzialni, to rozumiem, że to nie moja sprawa. W końcu nie długo staniesz się pełnoletni i sam będziesz odpowiedzialny za swoje życie.

- To nie znaczy, że będę odrzucać twoje rady i ciebie, Charlotte. Po tym, co dla mnie robiłaś przez te wszystkie lata, nigdy nie będę wstanie spłacić długu, który mam wobec ciebie.

***

W czasie śniadania większość jadła śniadanie w ciszy. Jedynie Cecily i Gabriel szeptali do siebie jakieś słodkie słówka, a Jem rozmawiał po cichu z Tessą, która ciągle unikała wzrokiem Willa.

- Coś nas ominęło, kiedy byliśmy na wsi, Jem? - przerwał im.

Blondyn uniósł wzrok na niego z lekkim uśmiechem.

- Po za tym, że Cecily i Gabriel obściskiwali się na każdym kroku? Nie, nic was nie ominęło.

Para spojrzała z wyrzutem na Carstairsa.

- Wcale nie na każdym kroku! - zaprzeczyła brunetka, następnie biorąc kęs rogalika. - Tylko w sypialni.

- Nie zapominaj też o wczorajszym treningu... - Gabriel nie dokończył, bo dostał od dziewczyny sójkę w bok.

- Może zamiast rozmawiać o naszych PRYWATNYCH sprawach, to porozmawialibyśmy o naszym przyszłym mieszkańcu instytutu? - zaproponowała.

- O kim? - Jessamine zmarszczyła brwi, kiedy brała łyk herbaty.

- Mam na myśli dziecko Tessy. - wyjaśniła i z uśmiechem skierowała wzrok w stronę wymienionej osoby. Tessa również popatrzyła na nią z uśmiechem.

- To chłopiec, Cecily.

- Co?! Dlaczego nie dziewczynka?! Kolejny Will?! Przecież to będzie koszmar!

Wszyscy wybuchnęli śmiechem z wyjątkiem Herondalea, który siedział rozparty na krześle i obracał na stole w palcach kieliszek pełen wody. Naprawdę nie miał na stroju na żarty, ale kiedy spojrzał groźnie na Tessę, dostrzegł jak ucieka ona wzrokiem. Mimo to, na jej twarzy błąkał się zadziorny uśmieszek.

- Skąd wiesz, Cecy? Może będzie bardziej podobny do Tessy- miły... często bardzo uparty.

- Ja uparta? - spytała zdziwiona.

- Nie zrozum mnie źle, Tess, ale tak. Potrafisz być BARDZO uparta.

- Och. - zmarszczyła brwi, udając, że się bardzo się przejęła zarzuconą jej wadą. - A co jeśli będzie jak ty- uważał się za najmądrzejszego i będzie miał FATALNE wyczucie czasu do informowania nas o ważnych sprawach...

- Popieram! - Cecily uniosła rękę, kiedy tym czasem Will poprawił się na krześle i przyłożył kieliszek do ust.

- Nie jestem samolubny i mam IDEALNE wyczucie czasu do wszystkiego.

- Czyżby? - spytała, unosząc brwi.

- Zapewniam cię.

- W takim razie... - odchrząknęła i podpierając się brzegu stołu wstała, ukazując swój wydatny brzuch. -... skoro masz takie IDEALNE wyczucie czasu, to będziesz wiedział jak długo masz się do mnie nie odzywać. Dziękuję. - po tych słowach opuściła pomieszczenie.

- Zdaje mi się, czy się pokłóciliście? - spytał Gideon.

- Zdaje ci się.

***

Wszystkie jej rzeczy zostały już rozpakowane, więc nie musiała się już z nimi męczyć. Leżała na łóżku i odwrócona na boku. Wpatrywała się w zdjęcie, które dostała od Jem'a potajemnie w czasie śniadania. Podobno ukradł je Willowi, bo uznał iż to ona powinna je mieć. To ona była na zdjęciu. W czarno-białej sukni na tle parku. Doskonale pamiętała tamtą chwilę.

Spacerowali wtedy po parku i testowali nowy aparat, który Nate dostał na 16 urodziny. Robił zdjęcia wszystkim i wszystkiemu. Ona też się zgodziła na jedno, ale tylko JEDNO. I zrobił je. A teraz ona je trzyma w dłoni. Po długich godzinach spacerowania skierowali się na plaże, gdzie odbywał się festyn. Były tańce, darmowe jedzenie, muzyka, konkursy. Kiedy Nate poszedł zatańczyć z jedną dziewczyną, Tessa siedziała przy jednym stoliku, za który służyła beczka. Obserwowała swojego brata, którego taniec z porównaniem do jej zdolności tanecznych był koszmarny, przez co nie mogła się nie śmiać. Lecz w pewnym momencie ktoś zasłonił jej widok, stając tuż przed nią. Był to wysoki, przystojny brunet o zielonych oczach. Był w mundurze, co musiało znaczyć, że musiał pracować w jakieś specjalnej służbie.

- Zechciałaby pani zatańczyć? Wszystkie inne dziewczęta są już zajęte.

Tessa uśmiechnęła się szerzej i kiwnęła głową, przyjmując dłoń mężczyzny. Wstała i skierowała się z nim na parkiet, za który robiły deski. Stanęła mniej więcej przed nim, a obok niego i lewą rękę podała jego prawej, a prawą lewej, tak żeby z jej rąk utworzył się krzyżyk. Następnie w podskokach dołączyli do łańcucha, składającego się z pozostałych tańczących i w podskokach zaczęli tańczyć energicznie, śmiejąc się. I tak prawie cały wieczór.

Zza myślenia wyrwało ją pukanie do drzwi. Schowała zdjęcie pod poduszkę i z trudem się podniosła. Podeszła nieśpiesznie do drzwi i je otworzyła, zastając za nimi jej największego wroga.

- Benedict Lightwood. - powiedziała oschle jak najbardziej potrafiła.

- We własnej osobie. - posłał jej lekki uśmiech.

***

Kiedy patrzyła na tego człowieka, żałowała, że nie miała przy sobie czegoś ostrego, czym mogłaby zadać mu ból. Korciło ją, żeby się na niego rzucić i rozerwać na strzępy, ale zdrowy rozsądek nakazał jej spokój.

- Czemuż zawdzięczam pańską wizytę? - spytała.

- Chciałem się tylko upewnić czy pani bezpiecznie dojechała do instytutu. - odpowiedział, wpychając się środka.

- Po pierwsze, chyba miał pan na myśli "niezwłocznie", a nie "bezpiecznie. Po drugie, nawet gdyby coś mi się stało, to wątpię, aby to pana chociaż w najmniejszym stopniu obchodziło. I po trzecie, skoro już pan zobaczył i zastał to co chciał, to równie dobrze może pan już sobie iść. - po wypowiedzeniu słów, w które włożyła cały swój jad, otworzyła szerzej drzwi.

- Proszę zamknąć te drzwi i usiąść. Nie powinna się pani teraz przemęczać, po za tym moja wizyta może trochę potrwać. Przybyłem, aby omówić pewną propozycje, którą chciałbym pani złożyć.

Mam nadzieję, że rozdział się podobał i będzie co najmniej 6 komentarzy! Tym czasem mam do was 3 WAŻNE SPRAWY!
1) Bardzo, ale to bardzo bym wam chciała podziękować za 32 870 wyświetleń, które wciąż przybywają. Jestem również BARDZO wdzięczna za motywujące mnie do dalszego pisania komentarze <3 Dziękuję, że poświęcacie te kilka chwil na czytanie mojego opowiadania. To naprawdę dużo dla mnie znaczy <3

2) Serdecznie bym was chciała zaprosić na pewną stronkę o serialu "Shadowhunters", na której sama również jestem adminką. Na stronce znajdziecie ciekawe posty, nowości o serialu, a także zdjęcia z planu, jeżeli jakiś nie widzieliście! Jeszcze raz serdecznie ZAPRASZAM was do śledzenia i komentowania! LINK DO STRONY

3) Nie wiem czy w niedziele pojawi się rozdział, gdyż mam bardzo dużo do zrobienia na przyszły tydzień. Prezentacja na angielski (jako video) i praca na język fiński. Oczywiście się postaram, ale niczego nie mogę obiecać :/

środa, 30 września 2015

Rozdział 31

- Ja pójdę obudzić Tessę. - oznajmiła cicho Jeanine. - A ty idź się spakować.

- Dobrze. - mruknął niechętnie i skierował się w stronę schodów. Naprawdę nie miał ochoty wracać do instytutu. Szczególnie, że robili to tylko dlatego, aby Benedykt Lightwood mógł zdecydować o dziecku, kiedy się urodzi. Gdyby nie ta cała sprawa, to musiał przyznać, że po urodzeniu się dziecka, nie byłoby tak źle zostać jeszcze na trochę na wsi. W końcu nie było tutaj tak źle. Spędzał z Tessą dużo czasu, z dala od wszystkich problemów. Ale oczywiście tęsknił za Cecily i swoim parabatai.

***

- Maaamooo! - usłyszała krzyk dziecka. Odwróciła głowę, dostrzegając w oddali pięcioletniego chłopca, ubranego w spodniach do kolan i koszuli bez kołnierzyka, boso. Jego opadające na czoło, brązowe włosy podskakiwały, kiedy biegł w jej stronę, a niebieskie oczy, aż iskrzyły radością. - Maaamooo! - krzyknął ponownie, będąc co raz bliżej. Za chłopcem biegł Will w długich spodniach i koszuli w kamizelce, również był boso. Obaj chłopcy się śmiali i biegli ile sił w nogach. Tessa z uśmiechem na twarzy odłożyła książkę na koc. Chciała się podnieść, kiedy chłopiec wpadł na nią, rzucając się jej na szyje. Schował się za jej plecami, kiedy Will dobiegł do nich zdyszany i opadł na koc obok Tessy. Pocałował ją w policzek i wykorzystując ten moment, złapał chłopca za ramiona i pociągnął go do siebie, zaczynając łaskotać. Dziecko wiło się na ziemi, śmiejąc w niebo głosy.
- Mam cię!
Tessa nie mogła przestać się uśmiechać. Poczuła jak jej serce zalewa fala ciepła, kiedy Will nareszcie puścił chłopca, a ten usiadł z szerokim uśmiechem, ukazując rząd białych ząbków.
- Mówiłem, że szybko biegam! - krzyknął.
- Ale i tak cię złapałem. - przypomniał Will, wskazując na niego palcem.
- Ale ja i tak jestem szybszy! Prawda, mamo?!
- Obydwaj byliście szybcy.
- Nie, ja byłem szybszy. - wtrącił brunet.
- NIE, BO JA!
- Ten, który mnie złapie pierwszy, wygrywa tytuł najszybszego Herondale'a! - oznajmiła, wstając. Zdjęła swoje koronkowe rękawiczki, kapelusz i buty. I zanim chłopcy zdążyli stanąć na równe nogi, ta uniosła swoją błękitną z satyny suknie i ruszyła biegiem wzdłuż piaszczystego brzegu morza. Dookoła było pusto. Byli tylko oni. Tessa, Will... i ich syn.
Biegła, pozwalając sukni i rozpuszczonym lokom unosić się na wietrze. Jej stopa zawsze, dając krok, zanurzała się w wilgotnym piasku lub w chłodnej wodzie, która przybywała do niej w postaci fali. Powietrze wypełniał zapach, słonej morskiej wody i ciepłego piasku.
Nagle ktoś ją złapał w talii. Krzyknęła z zaskoczenia, czując jak upada na miękki piasek. Śmiała się chwilę z zamkniętymi oczami, a kiedy je otworzyła, nad sobą zobaczyła pochylającego się Willa. Podpierał się po bokach rękami, ale mimo to jego twarz była tak blisko, że jeden mały ruch wystarczył, aby jej wargi dotknęły jego ust.
- Mam cię. - szepnął z uśmiechem - A teraz chcę moją nagrodę. -  i nachylił się, aby ją pocałować...
- To nie fair! - chłopiec dobiegł do nich, tupiąc nogą. - Po prostu masz dłuższe nogi! Ale nie długo urosnę i będę szybszy od ciebie!
- Dobrze, dobrze, a teraz zakrywaj oczy.
- Nie jestem głupi! Wiem, co robisz wtedy z mamą!
- Skoro wiesz, to nie musisz patrzeć. No już! Oczy! 
- Tato!
- Bo nie dostaniesz dzisiaj deseru. - zagroził. Chłopiec przymrużył groźnie oczy i przyłożył swoją dłoń do twarzy, zasłaniając oczy. Zadowolony brunet, odwrócił głowę z powrotem w stronę Tessy i złożył na jej ustach, namiętny pocałunek. Leżała sztywno na piasku, jedynie unosząc głowę.
W pewnym momencie usłyszeli cichy chichot chłopca. Odwrócili głowy w jego stronę, dostrzegając jak chłopiec wyglądaj jednym okiem na nich, z pomiędzy dwóch palców. Złączył je szybko ze sobą, udając, że nic nie widział.
- Ty mały, kłamco. - warknął Will i wstał, zaczynając gonić chłopca, który ze śmiechem zaczął uciekać. Parsknęła śmiechem, zaciskając dłonie na piasku.

***

- Tesso... - obudził ją cichy głos pani Wetherby. Ocknęła się z głębokiego snu, wzdychając.

- Co się stało? - spytała sennym głosem.

- Musisz wstać i się ubrać.

Zmarszczył brwi i zamrugała kilka razy, dostrzegając twarz kobiety.

- Dlaczego?

Kobieta wypuściła drżące powietrze, zamykając na chwilę oczy.

- Wracamy do instytutu. - wdusiła w końcu.

Dla Tessy był to jak policzek. Ocknęła się w jednej sekundzie, gwałtownie siadając. Poczuła zawroty głowy, ale starała się nie zwracać na nie uwagi.

- O czym pani mówi? - spytała szeptem, oddychając przez usta. Miała wrażenie, że brak jej powietrza.

- Wytłumaczę ci to w powozie, a teraz dla dobra nas wszystkich wstań...

- Nie! - podniosła głos. - Niech mi pani wytłumaczy. Teraz. - ostatnie słowo wypowiedziała przez zaciśnięte zęby.

- To naprawdę nie jest temat na teraz, Tesso.

- Nie ruszę się stąd, do póki się nie dowiem prawdy! - ostrzegła, czując, że do jej oczu napływają łzy. - Proszę!

Kobieta westchnęła.

- Tylko się nie denerwuj, nie możesz. Obiecaj. - Jeanine widząc niepewną minę Tessy, jeszcze dodała - Dla dobra dziecka.

- Dobrze... - westchnęła w końcu.

- A więc... Konsul Wayland...

- Tak?

- Konsul rozka... poprosił - poprawiła. - abyś udała się do instytutu jak najszybciej.

- Dlaczego?

- Bo...

- Bo uznał, że resztę "odwyku" powinnaś spędzić w instytucie. - dokończył głos Willa. Odwróciła głowę w stronę drzwi, przez które właśnie wszedł. Podszedł do niej powoli i usiadł obok niej na brzegu łóżka.

- Nie wydaje się wam to dziwne?

- Nie. - odpowiedzieli w tym samym czasie Will i pani Wetherby. Tessa spojrzała na nich podejrzanie, ale po dłuższej chwili pokiwała głową. - Dobrze... tylko... tylko się ubiorę. - szepnęła, a na jej słowa kobieta i brunet odetchnęli z ulgą.

- Służące ci pomogą.

***

- Wiecie coś więcej? - spytała Tessa, kiedy jedna służąca poprawiała jej suknię, a druga włosy.

- Nie, panienko. - odpowiedziała starsza.

Mimo to, Tessa była pewna, że coś jest nie tak. Mogła to wyczuć w napiętym głosie służących, pani Wetherby, jak i Willa. Jedno było pewne: była okłamywana. Musiało to być coś ważnego, skoro nikt jej nie chciał powiedzieć prawdy.

- Gotowe, panienko. - służące dygnęły i cofnęły się, aby sięgnąć po walizki.

Z dłonią opartą o brzuch, ruszyła w stronę drzwi, za którymi zastała Willa i panią Wetherby. Rozmawiali o czymś, bo kiedy zauważyli Tessę, przerwali. Obydwoje chcieli coś do niej powiedzieć, ale ta ich wyprzedziła.

- Coś przede mną ukrywacie. - zmierzyła ich wzrokiem. - Nie mam pojęcia co... ale wiem, że nie bez powodu Konsul chce, abym się stawiła w instytucie. Wy wiecie dlaczego, ale nie chcecie mi powiedzieć.

- Tess...

- Will. - skłoniła lekko głową w przód i ruszyła w stronę schodów. Mocno złapała się barierki i powoli stąpała ze schodka na schodek, aż poczuła równą podłogę. Poczuła jak kręgosłup zaczyna ją pobolewać, dlatego starała się nie zwracać na to uwagi i iść dalej.

Wyszła na zewnątrz, czując jak chłodne, nocne powietrze w nią uderza. Przeszedł ją dreszcz, a kiedy wypuściła powietrze z ust, dostrzegła na tle jasnego księżyca i gwieździstego nieba, białą parę. Przed domem dostrzegła czarny powóz, który został zaprzężony do czterech, czarnych jak smoła koni. Rolę woźnicy pełnił mężczyzna w długim fraku i cylindrze. Widząc Tessę uśmiechnął i podszedł bliżej schodków od tarasu. Podał jej dłoń, aby pomóc jej zejść. Właśnie miała ją podać, kiedy chwycił ją ktoś inny. Palce Willa zacisnęły się wokół jej dłoni. Chłopak pomógł jej zejść, mrożąc mężczyznę wzrokiem.

Po zejściu po schodach chciała zabrać dłoń, ale ten ją trzymał. Odprowadził ją, aż do powozu i dopiero tam puścił. Usiadł obok niej, a na przeciwko ich pani Wetherby. Po zatrzaśnięciu się drzwi, konie ruszyły, sprawiając lekkie uczucie szarpnięcia.

- Więc... - zaczęła Tessa. - liczę na wyjaśnienia. Teraz. - na ostatnie słowo dała nacisk.

***

- Cecily, ja ciebie bardzo proszę... SKOŃCZ JUŻ!

Dziewczyna nadal nie słuchając, zaczęła jeszcze szybciej wywijać mieczem w różne strony.

Opierając się o ścianę, obserwował jej zwinne ruchy. Brunetka robiła kroki i obroty w różne strony, tnąc serafickim mieczem powietrze. Było już po pierwszej, a ona wciąż ćwiczyła.

- Trenujesz już drugą godzinę! -  przypomniał jej, wzdychając, ale ta nie słuchała. W końcu stracił cierpliwość i zdjął marynarkę, zostając w koszuli i spodniach. Następnie sam wziął ze schowka broń i podszedł do dziewczyny, blokując jej kolejny ruch. Rozległ się dźwięk uderzającego o siebie metalu, a oczy dziewczyny spoczęły na nim.

- Pięć. - oznajmił.

- Pięć? - powtórzyła zdyszana. - Uważam, że zasługuję na sześć.

- Pięć... za nie posłuszeństwo.

- To walka. - przypomniała mu, chowając miecz w skórzaną pochwę. Otarła krople spływającego potu z czoła. - Nieposłuszeństwo jest wskazane. W końcu nikt nie słucha demona w czasie walki z nim. - wyjaśniła. Odrzuciła swój francuski warkocz do tyłu i oparła dłonie na biodrach. Zanim się odwróciła, uniosła szybko brwi w górę, po czym je opuściła. Chciała ruszyć w kierunku drzwi, kiedy ktoś ją podciął, a ona znalazła się na podłodze, unieruchomiona. Gabriel siedział na niej okrakiem, przytrzymując jej nadgarstki. Nachylił się i złożył na jej ustach namiętny pocałunek.

- Ale teraz jesteś na moim treningu. Więc, aby później wygrać w prawdziwej walce, musisz mi być posłuszna.

- Bez ciebie też dam sobie radę. - powiedziała z przekonaniem.

- Nie dasz.

- Dam.

- W takim razie potraktuj mnie teraz jak demona, który siedzi na tobie. Nie masz broni. Co zrobisz?

- Na pewno chcesz wiedzieć? - spytała. - Nie radzę.

- To rozkaz.

Nie trzeba było jej drugi raz powtarzać. Wzięła głęboki oddech i uniosła z całej siły nogę, ty samym kolanem uderzając chłopaka w miejsce między jego nogami. Krzyknął. Wykorzystała chwilę jego nieuwagi, napierając na niego tak, że się przeturlała w bok, lądując na nim. Nadgarstki mu unieruchomiła, a buty wbiła w jego nogi, tak aby nie mógł nimi ruszać. Zobaczyła na jego twarzy grymas bólu.

- Wybacz, kochanie, ale rozkaz to rozkaz. - szepnęła, całując go w policzek.

- Dla tego widoku warto... - wymamrotał po chwili, patrząc nieco niżej. Podążyła za jego wzrokiem, rozumiejąc o co mu chodzi. Rozdziawiła usta z niedowierzania i wstała z niego, podciągając bluzkę tak, aby całkowicie zasłoniła jej piersi.

- No wiesz co? - syknęła, kiedy ten się podniósł i rozmasował plecy. Podszedł do niej z krzywym uśmiechem. Dotknął jej policzka i nachylił się, chcąc ją pocałować... wtedy usłyszeli dźwięk kopyt koni, dobiegający z dworu. Obydwoje się od siebie odsunęli i podeszli bliżej okna. Na dziedziniec właśnie wjechał czarny powóz.

- Kto to? - spytała szeptem.

Powóz się zatrzymał i kiedy tylko drzwiczki się otworzyły, wyszła przez nie...

- Tessa?

Widać było, że brzuch dziewczyny urósł od ostatniego razu, kiedy ją widziała. Ale nie była w złej formie. Tessa kierowała się szybkim krokiem w stronę drzwi instytutu, a za nią biegł Will, który ją zatrzymał, łapiąc za ramiona. Mówił coś do niej, jakby chciał ją uspokoić, ale dziewczyny tylko krzyknęła na niego, wyrywając mu się.

- Ja myślisz, o co chodzi?

- Nie mam pojęcia, Cecily. A to coś poważnego.


Przepraszam, że nie było wczoraj rozdziału. Nie zdążyłam, bo cały tydzień mam zawalony nauką, więc dzisiaj wstawiam rozdział z cudem, bo jutro mam test z angielskeigo i powinnam teraz siedzieć i się uczyć. Ale co tam XD Trzeba trochę się poświęcać :D

niedziela, 27 września 2015

Rozdział 30

***

05.08.1879
Droga Charlotte,

nie mam pojęcia, który już raz piszę list do ciebie, na który ty zapewne nie odpowiesz. Domyślam się, że jesteś zła na mnie i na Willa i trudno ci uwierzyć w to, że chłopak który mieszkał z wami pod jednym dachem... teraz zostanie ojcem.
Rozumiem twoją odrazę i nie mam zamiaru cię o to winić, ani -broń Boże- się na ciebie gniewać. Ale sprawia mi to ból, kiedy nie dostaję od ciebie żadnej odpowiedzi. Czasami zastanawiam się, czy w ogóle czytasz moje listy. W mojej głowie krąży również pytanie, czy po upłynięciu tego roku, powinnam się pojawić w instytucie.
Błagam, Charlotte, odpowiedz na ten list krótko i wyraźnie. Jesteś na mnie zła? Chcesz mnie widzieć na oczy pierwszego stycznia?
Cokolwiek byś napisała lub nie... zrozumiem. Masz na to moje słowo.

Tessa Gray

***

- Tess, obudź się. - głos Willa ją ocknął. Wzdrygnęła się na nagłą pobudkę i ziewnęła, odrywając głowę i służące jej za poduszkę ręce od blatu biurka. Rozejrzała się nieco, zdając sobie sprawę, że musiała przysnąć, pisząc list do Charlotte. Rozmasowała swój obolały kark i plecy, głową powoli kręcąc w różne strony.

- Już późno, może się położysz? - zaproponował, zmierzając wzrokiem jej skromny strój, składający się z długiej koszuli nocnej i satynowego szlafroka w kolorze lawendy. Na jej twarz wpłynął lekki rumieniec. Teraz już niemal codziennie chodziła w takim stroju. Nie było sensu zakładać sukni i się stroić, skoro większość czasu spędzała w sypialni, śpiąc w łóżku lub w salonie na kanapie, czytając. A nawet gdyby chciała się więcej ruszać, to nie mogła z powodu bólu pleców, który powodował ciężar jej sporo wydatnego już brzucha.

- Dobrze. - westchnęła. - Pomożesz mi?

Kiwnął głową i podał jej rękę, drugą zaś kładąc na jej plecach. Zacisnęła palce na jego dłoni i wspierając się nią i krawędzi biurka, podniosła się, chwiejąc przez chwilę. Skrzywiła się na twarzy, czując ponowną falę bólu w kręgosłupie. Chłopak widząc to, nie miał zamiaru jej puszczać. Odprowadził ją do łóżka, znosząc cierpliwie jej wolne tępo.

Usiadła z ulgą na łóżko i spuściła głowę, biorąc kilka oddechów. Will kucnął, aby móc spojrzeć na jej twarz.

- Może poproszę Jeanine, aby ci coś przyniosła?

Spojrzała w jego niebieskie oczy, w których widać było troskę i współczucie. Jego obecność zawsze sprawiała, że czuła ciepło na sercu i czuła się bezpieczna. Gdyby go tutaj nie było, była pewna, że o wiele gorzej by sobie radziła.

- Nie trzeba. Zaraz mi przejdzie, ale dziękuję. - wysiliła się na lekki uśmiech, który on odwzajemnił.

- Dobranoc, Tess. - szepnął i wstał.

- Dobranoc. - odpowiedziała mu równie cicho i położyła się. Nie przykrywała się kołdrą ostatnio było jej dość gorąco w nocy.

Will zaczął kierować się w stronę korytarza, ale kiedy już miał nacisnąć klamkę, zatrzymał się. Tessa właśnie miała otworzyć usta i spytać się, czy coś się stało, kiedy chłopak się odwrócił, przenosząc na nią wzrok. Powoli podszedł do krawędzi łóżka, na której przysiadł. Następnie się zaczął nachylać.

Jej serce biło jak oszalałe.

Brunet się zatrzymał dopiero... kiedy jego usta spoczywały na jej ustach. Zamknęła oczy. Jego wargi się nie poruszały, tylko spoczywały nieruchomo na jej wargach. Po kilku sekundach zaczął się odsuwać, ale ona pragnęła więcej. Przyłożyła dłoń do jego policzka, dając mu to do zrozumienia. Patrzyła błagalnie w jego oczy i wtedy znów go pocałowała. Tyle, że ona poruszała swoimi wargami. Po chwili on też zaczął oddawać ruchy.

Pocałunek trwał nie mniej i nie więcej niż minutę.

Oboje zaczęli się od siebie odsuwać, aby móc złapać oddech, ale wciąż na siebie patrzyli.

- Dobranoc. - powiedział cicho.

- Dobranoc, Will.

I wyszedł.

Została sama. Czuła pot na swojej skórze, i wciąż mocno bijące serce. Była zamroczona, zupełnie, jakby nie wiedziała, co się właśnie stało. Wzięła głęboki oddech i zgasiła palącą się świeczkę na stoliku obok.



***

- To już nie długo, prawda? - spytał Will, siedząc na kanapie i wpatrując się w skaczący ogień w kominku.

Jeanine, która do tej pory czytała jakieś listy i popijała herbatą, teraz podniosła wzrok na chłopaka, jakby dopiero teraz go zauważyła.

- Ale co?

- Poród. - odpowiedział beznamiętnie.

- Owszem, powinna zacząć rodzić w przyszłym miesiącu, ale może się też się zdarzyć, że zacznie wcześniej... - przerwało jej ostre, głośne pukanie do drzwi.

Odłożyła papiery i wstała, razem z Willem kierując się w stronę wyjścia. Jeanine otworzyła drzwi, za którymi zastała mężczyznę w czarnym płaszczu i cylindrze.

- Mam nadzieję, że to coś ważnego, skoro nachodzi nas pan o tej porze.

- Wiadomość, którą przynoszę, wymagała natychmiastowego przesłania.

- Więc, słucham?

- Przysyła mnie Konsul Wayland. Enklawa omówiła ponownie temat panny Gray i jej przyszłego dziecka. Stwierdzono, że nie wiadomo jakie dziecko się urodzi i jaka krew będzie w nim płynęła.

- Ależ mogę zapewnić, iż dziecko nie będzie niebezpieczne. Płynąć w nim będzie w większości krew Nefilim, a krwi czarownika i demona będzie tyle co nic.

- Konsul wydał rozkaz, iż Tessa Gray ma niezwłocznie się udać do instytutu, który obecnie prowadzi Charlotte Branwell. To tam ma powić dziecko, które później oceni zaufany człowiek i zdecyduje o jego lub jej losie.

- Mianowicie kto? - wtrącił brunet niezbyt miłym tonem i wcale nie starał się na milszy. W środku gotował się jak w piekle.

- Benedykt Lightwood, który kilka dni temu został mianowany jako druga prawa ręka Konsula i Inkwizytora.

- Słucham?! - to tyle co Will mógł wykrztusić. Zamrugał kilka razy oczami, chcąc się upewnić, że dobrze usłyszał.

- Czy to na pewno rozsądna decyzja? Panna Gray...

- Panna Gray, pani Wetherby, ma niezwłocznie się udać do instytutu. Ja jestem tylko posłańcem. - oznajmił i skłonił się nisko, wycofując się. - Powóz czeka...

piątek, 25 września 2015

Rozdział 29

Kolejne dni wyglądały dość podobnie... no prawie. Ponieważ Jessamine wróciła do instytutu razem z pozostałymi, to Tessa miała więcej czasu dla siebie. Nie musiała grać od rana do wieczora w karty lub pić co godzinę herbaty w ogródku. Te wszystkie okropne zajęcia zastępowała, spędzając czas z Willem. Oboje brali koszyk z kocem i owocami i szli nad staw, gdzie potrafili - oczywiście z przerwami na obiad - spędzić prawie cały dzień, aż do pięknego zachodu słońca, który razem podziwiali.

Ponieważ mieli dla siebie zawsze dużo prywatności, nie musieli ukrywać swoich uczuć i mogli się sobie zwierzać ze wszystkiego. Tessa zawsze mogła na nim polegać, ale ostatnio Will zaczął ją nieco drażnić. Zawsze kiedy wracali wieczorami do domu, to on od razu proponował jej położenie się spać lub, kiedy od czasu do czasu miewała bóle, to biegł po służące, panikując, że ona zaczyna rodzić. Ale w głębi serca i tak była szczęśliwa, że to on tutaj jest, a nie Jessamine.

***

"Pragnę, by pani wiedziała, że była pani ostatnim marzeniem mej duszy! Pomimo upadku nie upadłem tak nisko, by widok pani i pani ojca oraz waszego domu, który potrafiła pani uczynić prawdziwym domem, żeby to wszystko nie zbudziło we mnie dawnych cieni, o których myślałem, że na zawsze umarły. Od kiedy panią poznałem, czuje wyrzuty, których myślałem już nigdy nie czuć, słyszę głosy wzywające mnie naprzód, o których myślałem, że zamilkły na wieki. Mam jakieś niejasne pragnienie walki, dokonania czegoś, zaczęcia czegoś od początku, wyzwolenia się z więzów gnuśności i rozpusty! Chciałbym znów walczyć jak dawniej! Sen, tylko sen, który kończy się niczym, który zostawia śpiącego tam, gdzie spał, ale pragnę, by wiedziała pani, że to pani natchnęła mnie tym snem!".*

- Uwielbiam jak mi czytasz. - powiedziała z lekkim uśmiechem, okryta cienkim kocem i wyciągnięta na kanapie w salonie. Opierała się o jego klatkę piersiową, czując przyjemne ciepło bije od jego ciała, a także od kominka obok.

Na dworze był już chłodny wieczór, dlatego tym razem postanowili wrócić szybciej z nad stawu.

- Mi też sprawia to dużą przyjemność. - powiedział cicho, dłonią lekko masując jej ramię. Drugą zaś ją obejmowała, cały czas trzymając przy sobie.

Głowę oparł o jej głowę i westchnął. W pomieszczeniu panowała cisza, jedynie co można było usłyszeć, to dobiegający z kominka dźwięk iskrzącego się ognia. Wpatrywała się w niego jak zahipnotyzowana, rozkoszując się tą cudowną, spokojną chwilą.

- Pani Wetherby cię badała? - spytał.

- Tak. Jest bardzo aktywny i dobrze się rozwija.

Cisza. Cisza. Cisza.

- Jak damy mu na imię?

I  wtedy zamrugała kilka razy, jakby właśnie się obudziła. Wzięła głęboki oddech, rozumiejąc, że Will ma racje. Chłopiec nie miał imienia.

- Nie wiem, ale na drugie ma mieć Nathaniel. - oznajmiła.

- A na pierwsze?

- A jakie ci się podoba?

- Hmm... co powiesz na Christopher? Christopher Nathaniel.

- Ładnie... a Philip? Philip Nathaniel.

- Też ładnie, ale wolę Christophera.

- A ja Philipa.

- Christopher.

- Philip.

- Christopher.

- Philip.

- Zrobiłam herbatę. - przerwała im służąca, stawiając na stoliku tackę z dwiema, parującymi filiżankami. Kobieta dygnęła i odeszła.

- Jeszcze wrócimy do tej rozmowy. - zagroził, a Tessa jedynie cicho zachichotała, ale zanim uśmiech zniknął z jej twarzy, w środku poczuła jakby coś ją... kopnęło. Od środka. Wzięła szybki oddech, siadając i łapiąc się za brzuch.

- Co się dzieje? - spytał, gwałtownie wstając. Usiadł na brzegu kanapy, kiedy tym czasem Tessa się położyła na poduszce, dłonią wodząc po swoim brzuchu.

- Po prostu... coś poczułam. - wytłumaczyła, a na jej twarzy błąkał się uśmiech. I znowu to uczucie. - Znowu. - szepnęła i wzięła dłoń Willa, przykładając ją w odpowiednie miejsce. Chłopak jedynie zmarszczył brwi, spuszczając wzrok... I znowu kopnięcie. Teraz on też to poczuł, bo na jego twarz wpłynął szeroki uśmiech. Też wyszczerzyła zęby.

- Czy... czy to...? - motał się, ale ona odpowiedziała mu jedynie kiwaniem głowy. - Faktycznie jest aktywny. - przyznał i przyłożył ucho do brzucha. Tessa przyłożyła dłoń do włosów Willa, uśmiechając się. Czuła, że dziecko się w niej rusza i ponownie kopie. Jej serce zalała fala ciepła i miłości, przez co do jej oczu napłynęły łzy.

- Co tu tak wesoło? - głos pani Wetherby rozległ się w wejściu. Blondynka podeszła bliżej i widząc pozycje Willa, uśmiechnęła się. - Kopie?

- Bardzo. - odpowiedział brunet, prostując się.

- Wybraliście już imię? W końcu to już nie długo.

- Jeszcze się zastanawiamy.

- No tak, najważniejsze jest nazwisko. - stwierdziła kobieta. - Herondale lub Gray. Trudny wybór. - stwierdziła, cmokając. Następnie wyszła bez słowa.

Oboje spojrzeli na siebie z poważną miną.

- Gray
- Herondale. - powiedzieli w tym samym czasie swoje nazwiska.

- Do tej rozmowy też jeszcze wrócimy. - powiedziała.






*Opowieść o dwóch miasach - Charles Dickens

wtorek, 22 września 2015

Rozdział 28

Była już na pewno dwudziesta pierwsza. Na dworze, - gdzie wszyscy się bawili, śmiejąc się, pijąc i tańcząc w rytm muzyki granej przez jedną ze służących na pianinie na tarasie - zrobiło się już ciemno i chłodno. Jedyne światło dawały gwiazdy i pełnia na niebie. Do tego ognisko, przy którym Tessa siedziała, obserwując innych i klaskając.

Śmiała się i kiwała na boki, w rytm melodii, wydobywającej się z klawiszy. Nie był to wymuszony śmiech. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu, dobrze się bawiła. Raz zrobiła okrążenie, tańcząc energicznie ze wszystkimi po kolei, ale potem Pani Wetherby jak i inni zalecili jej nieco odpoczynku. Siedziała więc teraz na jednym z krzeseł ustawionych obok ogniska i obserwowała jak inni się bawią i wygłupiają.

Charlotte tańczyła walca ze swoim mężem, ale Henry był już pijany, więc nie szło mu za dobrze... czego oczywiście nie można powiedzieć o tańczących cotilliona Cecily i Gabrielu. Tańczyli tak wspaniale i... romantycznie, że nawet Will tańczący z Jessamine walca (między nimi była bardzo duża odległość) patrzył na nich co chwilę z przymrużonymi oczami. Ale najbardziej trzeźwi byli Gideon i Sophie, tańcząc obojętne kroki, piruety i inne. Nie obchodziło ich to, że źle tańczą. Po prostu się do siebie uśmiechali i śmiali.

Jem zaś właśnie podszedł do Tessy z kocem i parującym kubkiem. Podał jej napój, który przyjęła z wdzięcznością. Ciepły kubek był niemal pieszczotą dla jej chłodnych dłoni.

- Dziękuję. - powiedziała z uśmiechem, kiedy chłopak nakrył ją jeszcze kocem. Następnie wziął krzesło i postawił je sobie obok jej krzesła.

- Przykro mi, że nie możesz pić alkoholu, dlatego zaparzyłem ci herbate.

- Dziękuję, miło wypić coś innego, a nie tylko te ziółka Pani Wetherby. A co do alkoholu... nic się nie stało. To i tak najwspanialsze urodziny, jakie mogły mi się teraz zdarzyć.

- A jak planowałaś je spędzić?

- Prawdopodobnie sama w pokoju, wyglądając przez okno. - wzruszyła ramionami i wzięła łyk ciepłego, lekko słodkawego napoju.

- Wiesz już co będzie? - spytał.

- Co?

- Chłopiec czy dziewczynka? - wskazał brodą na jej brzuch.

- Och.. - odchrząknęła, przygryzając dolną wargę. - Pani Wetherby mnie badała i powiedziała, że będzie to na dziewięćdziesiąt procent chłopiec. - uśmiechnęła się lekko, kładąc wolną dłoń na brzuchu.

- Wybrałaś już imię?

- Nie, chciałabym je wybrać z... - urwała i ugryzła się w język. Chciałaby je wybrać z Willem.
- Z kim?

- Z...

- Z tym, kto jest ojcem dziecka? - spytał najspokojniej w świecie. Nie było w jego głosie złości, żalu ani poirytowania.

- Tak. - odpowiedziała szybko i przeniosła wzrok na resztę, tańczących. Wiedziała, że blondyn wciąż się na nią patrzy, przez co na jej twarz wpłynął rumieniec. Ale nie żałowała swojej odpowiedzi. Powiedziała mu prawdę. Więcej nie musiał wiedzieć.

- Będziesz je chciała zatrzymać, prawda? - spytał po dłuższej chwili.

- Tak, choć kiedy dowiedziałam się o tym, że zostanę matką... do głowy przyszła mi myśl, aby po urodzeniu... oddać dziecko.

- Czemu zmieniłaś zdanie?

- Po prostu... w pewnym momencie postawiłam się na jego miejscu. Ja na pewno bym nie wybaczyła swojej matce, gdyby mnie oddała. Zadaniem matki jest obdarzanie swojego dziecka miłością, która we mnie też się zrodziła. Najpierw trudno mi było znieść myśl, iż miałabym się wcielić w rolę matki, ale potem... ta miłość sama przyszła. Kocham go i wiem, że nigdy bym sobie nie wybaczyła, gdybym go oddała w obce ręce. To mój syn, moja krew, teraz cząstka mojego serca... moje dziecko.

Przeniosła wzrok na ognisko, z którego strzelały iskry i ciepło. Czując jak przechodzi ją chłodny dreszcz, wzięła łyk ciepłego napoju.

- Jestem pewien, że będziesz wspaniałą matką, Tesso. I nie mówię tego tylko po wysłuchaniu twojego owego przemówienia, ale dlatego bo zdążyłem cię doskonale poznać. Mam nadzieję, że twój syn będzie miał większość cech po tobie.

Odpowiedziała mu uśmiechem, następnie się nachylając i ściskając jego dłoń.

- Dziękuję. - szepnęła i się odsunęła.

***

- Obawiam się, że już na was czas. - poinformowała pani Wetherby, po przerwaniu służącej w graniu na pianinie.

Tessie zabiło mocniej serce na myśl, że znów wszyscy wyjadą, a ona zobaczy ich dopiero za pięć miesięcy.

- Rozumiem. - odpowiedziała smutno Charlotte i podtrzymując pijanego męża, podeszła do Tessy. - Zobaczymy się nie długo. Mam nadzieję, że teraz znów będziesz pisać.

Pokiwała głową ze łzami w oczach i jednym ramieniem objęła kobietę za szyję. - Bądź silna. - szepnęła jej jeszcze Charlotte, zanim się odsunęła. Wtedy również Tessa dostrzegła jak Will staje obok niej.

- My też widzimy się za pięć miesięcy. - powiedział, przybierając poważny ton.

Wszyscy dookoła przenieśli wzrok na Willa, który patrzył na nich beznamiętnie.

Co on robi?, pomyślała. Ale pozytywnie. W duchu niemal błagała, aby chłopak kontynuował.

- O czym ty mówisz? - Cecily jako pierwsza odzyskała głos.

- Ja też chciałabym wiedzieć. - Pani Wetherby zrobiła krok w stronę bruneta.

- Zostaję tutaj z Tessą. - oznajmił, podnosząc przy tym głos tak, że serce Tessy, aż podskoczyło.

- Wsiadaj do powozu i wynoś się stąd, zanim zechcę powiadomić o tym Konsula, bo nie masz najmniejszego prawa, aby tutaj przebywać! - Pani Wetherby wskazała palcem na czekający powóz. W jej oczach Tessa mogła dostrzec gniew i furię.

- Mam prawo, aby przebywać obok osoby, która nosi w sobie NASZE dziecko! - wydarł się. Jego reakcja nie tylko zamurowała kobietę, ale i pozostałych, w tym Tessę, która nigdy by się nie spodziewała po nim takiego wyznania. Nigdy by nie pomyślała, że to tak właśnie wszyscy się dowiedzą o ich małym sekrecie. O tym, że to Will jest ojcem dziecka, które ona obecnie w sobie nosi.

Z osłupienia wyciągnęło ją poczucie dotyku, kiedy Will splótł palce u dłoni z jej palcami, na oczach wszystkich. Wolną dłoń trzymając na swoim brzuchu, spuściła zarumieniona wzrok, przełykając w tym samym czasie ślinę, byleby nie wybuchnąć płaczem. A nawet jeśli łzy spłynęłyby po jej twarzy, to nie wiedziała dlaczego. Ze szczęścia, że Will z nią zostaje? Z napięcia, bo teraz wszyscy się na nich patrzą jak na kogoś obcego? A może ze strachu, że wszyscy się od niej odwrócą i już nigdy nie spojrzą w oczy?

Ścisnęła dłoń Willa tak mocno, że zbielały jej kostki. On też nieco bardziej wzmocnił uścisk, ale tym samym kojąco gładził kciukiem jej skórę. Zupełnie jakby chciał powiedzieć; jesteśmy w tym razem, albo nigdy cię nie zostawię.

- To prawda? - wydobył się zachrypnięty głos z gardła Charlotte. Kiedy Tessa uniosła wzrok, zobaczyła w oczach kobiety niedowierzanie i rozpacz.

- Tak. - odpowiedziała jej ledwo słyszalnym głosem.

- Brak mi słów...

- Charlotte... - przerwał jej Will. - zamiast wyprawiać nam kazanie na temat tego, jak bardzo byliśmy nie odpowiedzialni, to lepiej nam powiedz czy wciąż nas akceptujesz, czy nie chcesz nas już więcej widzieć na oczy?

Pani Branwell skakała wzrokiem z niego na Tessę i tak w kółko, aż oznajmiła;

- Widzimy się za pięć miesięcy. - I razem z mężem ruszyła w kierunku powozu.

Inni ruszyli za nią, cicho mrucząc pod nosem pożegnanie. Wszyscy z wyjątkiem Jem'a i Cecily, która podeszła do ich dwójki i uścisnęła.

- Czegokolwiek byście nie zrobili, to ja i tak jestem po waszej stronie. - szepnęła, po czym odwróciła się i ruszyła w ślady pozostałych.

Ulżyło nieco Tessie na myśl, że przynajmniej jedna osoba wciąż będzie przy niej. Ale kamień na jej sercu znów się pojawił, kiedy podszedł do nich Jem.

- Ode mnie to samo, co od Cecily. - powiedział z lekkim uśmiechem. - I obiecuję, że też będę pisywał do was.

- Przepraszam, Jem. - odezwał się Will, spuszczając wzrok.

- Nie masz za co. Przecież od zawsze było wiadomo, że któregoś dnia... każdy z nas będzie miał prawo do wkroczenia w nowy etap w życiu. I twój dzień nadszedł, Will. Zostaniesz ojcem, a Tessa matką. Nie traktujcie tego jak straszną opowieść. - powiedział i odwrócił się, aby kilkanaście metrów dalej, móc wsiąść do powozu razem z innymi.