poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Rozdział 10

Śnieg dosięgał jej do kostek. Czyli ledwo ledwo do brzegu buta. Szła już na pewno, którąś godzinę, ale nie czuła zimna. Wręcz przeciwnie, czuła ciepło. Gruby materiał sukni trzymał ciepło, tak jak powinien.

Z powodu ciężaru, którym była torba przewieszona przez ramię, przemieszczała się wolniej, co było naprawdę denerwujące. Przyzwyczaiła się już do bólu gardła i lekkich zawrotów głowy, przez które się od czasu do czasu chwiała i przewracała.

Ponieważ nogi zaczęły ją już nieznośnie boleć, postanowiła zrobić krótki postój obok łysego drzewa, które napotkała idąc. Oparła się o nie i osunęła na biały, miękki puch. Odetchnęła i wyjęła z torby metalową manierkę, pełną wody. Wiedziała, że powinna ją oszczędzać, ale była tak zdyszana, zmęczona, a w klatce piersiowej wydawał się być taki żar, że nie mogła się powstrzymać i jednym ruchem otworzyła manierkę. Przyłożyła ją do ust i przechyliła, napełniając usta letnią wodą. Przełknęła, nie zważając na ból gardła i zamknęła metalowe naczynie, chowając je następnie do torby.

Zaczęła głęboko oddychać, tym czasem zdejmując rękawiczki z obu dłoni, którymi przetarła sobie spocone czoło i kark. Następnie przyłożyła sobie ciepłe dłonie do lodowatych policzków. Przymknęła powieki, chcąc ogrzać sobie również nieco oczy. Kiedy ponownie je rozchyliła, zobaczyła jak około dwa metry dalej z pod śniegu wychyla się jakaś, włochata, rudawa głowa. Pierwsze co jej przyszło do głowy, to że mogłaby to być fretka, ale co fretka robiłaby sama na dworze, w dodatku zimą?Minęło kilka sekund zanim się zorientowała, że to mały zając. Zaśmiała się cicho pod nosem ze swojej głupoty.

Pochyliła się lekko do przodu i wyciągnęła dłoń, cmokając. Zwierzę zaczęło ruszać nieco swoim noskiem, po czym wyskoczyło ze swojej norki i zaczęło podskakiwać nisko w stronę dłoni Tessy... a właściwie nie jej dłoni, lecz torby. Zająca i torbę dzieliło już jedynie pół metra, kiedy zwierze uniosło się na tylnych łapkach, poruszyło oklapniętymi uszami i uciekło z powrotem do swojej nory.

Tessa zmarszczyła brwi, zastanawiając się czego mógł się wystraszyć zając, lecz nagle usłyszała wielokrotne uderzenie kopyt koni i huki. Odwróciła głowę w stronę, z której przyszła i ujrzała z daleka czarny powóz, ciągnięty przez dwa czarne jak smoła konie. Mroczne Siostry.

Zerwała się z miejsca i zaczęła biec co sił w nogach, mimo iż głos w głowie, podpowiadał jej, że nie ma co liczyć na ucieczkę. Ale mimo to, biegła, wsłuchując się w swoje szybkie bicie serca, które i tak po chwili zakłócały dźwięki co raz bardziej zbliżającego się powozu. Potykała się co kilkanaście sekund, czasami wbiegając w zgłębienie w ziemi. Miała wrażenie, że zaraz zemdleje, ale strach sprawiał, że była przytomna.

Nagle poczuła jak jej noga wpada do głębokiej dziury, a jej ciało runęło na ziemię. Zanim zdążyła się podnieść, zobaczyła, przed nosem cztery pary, czarnych butów. Z dudniącym sercem spojrzała w górę i zobaczyła przed sobą Mroczne Siostry. Pani Dark wpatrywała się w nią z pogardą, kiedy pulchna dłoń Pani Black złapała ją za szyje i uniosła bez najmniejszego problemu w górę. Dłonie Tessy zacisnęły się wokół nadgarstka Mrocznej Siostry. Niestety i tak się dusiła, kiedy jej nogi znalazły się kilka centymetrów od ziemi.

Ostre paznokcie kobiety wbiły się w gardło Tessy, po czym ją odepchnęły na ziemię tak, że upadła na plecy.

Nie mogła złapać tchu, miała mroczki przed oczami, a na szyi poczuła ciepłą, spływającą ciecz, która niewątpliwie była krwią. Zdołała unieść dłoń i położyć opuszki palców na szyi, czując kilka małych wgłębień po ostrych paznokciach.

- Mistrz nie był zachwycony, kiedy dowiedział się, że uciekłaś. Wszyscy myśleliśmy, że umarłaś z zimna niedaleko zamku, ale czarownik Mistrza z łatwością cię odnalazł.. - powiedziała Pani Dark, łapiąc brutalnie Tessę za włosy i pociągając ją w górę na równe nogi. Dziewczyna krzyknęła z bólu, chcąc upaść ponownie na ziemię, ale Pani Dark wciąż kurczowo trzymając jej włosy, zaczęła ją ciągnąć do czarnego powozu. Po chwili Tessa leżała już na jednej z dwóch kanap, trzymając się za gardło.

Woźnica ruszył, sprawiając że powóz się zatrząsł.

- Kiedy wrócimy, osobiście mamy cię przykuć do ściany w lochu... - odezwała się Pani Black. - Gołą. - dodała po chwili ze śmiechem.

Tessa nie mogła się powstrzymać i pozwoliła łzą spłynąć po policzkach. Patrzyła w przestrzeń, kiedy ból i płacz się nasilał. Najgorsze było to, że nie mogła wydobyć z siebie żadnego głośnego dźwięku.

"To koniec" pomyślała.

Chciała tak bardzo zerwać aniołka ze swojej szyi i umrzeć. Chciała zakończyć to wszystko. W tamtej chwili nic innego się dla niej nie liczyło, z wyjątkiem zakończenia swojego życia. Nie chciała więcej cierpieć. Wiedziała, że w swoim życiu mogła zrobić dużo złych rzeczy, ale na pewno nie tyle, aby zostać skazaną na taki okrutny los.

- Nie za mocno ścisnęłaś jej gardło? - odezwał się stłumiony głos Pani Dark.

- Nie, przeżyje. Po prostu trochę pocierpi.

- Ty... wiedźmo... - wyszeptała Tessa, wywołując jeszcze większy ból. Sięgnęła drżącą dłonią po rękojeść sztyletu, ale nie wyczuła go tam. Usłyszała jedynie cichy śmiech sióstr. Była pewna, że jej go zabrały, wsadzając ją do powozu.

W tamtym momencie zebrało jej się na kaszel.

"Tylko nie to" pomyślała i kaszlnęła, nie tylko czując ból, ale i jak z jej ust wydobywa się coś mokrego. Przyłożyła dłoń do ust i przez niewyraźny obraz zobaczyła na niej, że jest cała czerwona.

Przed oczami zaczynało się robić ciemno, a po chwili znów widniej. I tak w kółko.

Nagle powóz się zatrząsł. Tessa o mało co nie zleciała z kanapy. Pomyślała, że to być może halucynacje, ale słysząc wściekłe głosy obu sióstr, była niemal pewna, że coś się dzieje.

- Co się... dzieje... - głos Pani Dark nie dokończył, ponieważ powóz zatrząsł się jeszcze mocniej. Pod siłą uderzenia Mroczne Siostry upadły na ziemię, zaś Tessa podskoczyła aż w powietrze, po czym boleśnie spadła na twardą kanapę. Krzyknęła z bólu, wywołując jeszcze większy w gardle.

Po chwili kolejne uderzenie, ale tak mocne, że powóz się przekręcił, potem nastała cisza...

Jedno uderzenie serca.

Drugie uderzenie serca.

Trzecie uderzenie serca.

Czwarte uderzenie serca.

Wciąż czując ból, otworzyła oczy. Nie wiedziała wyraźnie, ale czuła, że nie leży już na kanapie. Leżała na brzuchu, na czymś twardym. Spojrzała nieco w górę i zobaczyła kanapy nad swoją głową. Leżała na dachu. Powóz był odwrócony do góry nogami. Kiedy spojrzała wzdłuż swojego ciała, zobaczyła że na jej nogach leżą Mroczne Siostry, które zaczynają być przytomne.

Opuściła głowę z powrotem na ziemię, a właściwie na dach, i zażyczyła sobie w myślach, że teraz chce umrzeć. Niestety, zabrakło jej siły, aby sięgnąć w stronę aniołka i zerwać go ze swojej pełnej bólu szyi.

Próbowała zebrać w sobie siły, ale ktoś nagle wyrwał drzwi od powozu, wpuszczając światło zachodzącego słońca do pomieszczenia.

Poczuła po chwili jak ktoś ją łapie w pasie i za ramiona i wyciąga z powozu na zewnątrz. Niestety nie poczuła ziemi pod swoim ciałem. Miała wrażenie, że lata, choć tak naprawdę wiedziała, że ktoś ją teraz nosi na rękach. Delikatnie trzymając jej ciało. Ale nie trwało to długo. Jedynie chwilę. Potem chłodne podłoże przywarło do jej pleców i reszty ciała. Jedynie ktoś oparł jej o coś głowę.

Ktoś złapał za futro sukni obok szyi i je zerwał, przykładając potem dwa palce do boku jej szyi. Słyszała stłumione głosy, które wydawały się jej być bardzo dobrze znane. Słyszała okropne dźwięki i krzyki. Jej powieki się zamknęły, ale czuła, że otacza ją wiele osób.

Po chwili ból zaczął gasnąć, a z nim jej świadomość. Głosy stawały się co raz cichsze, a uczucie, że ktoś ją dotyka zmniejszało się.

Ostatnie co usłyszała bardzo wyraźnie przed straceniem przytomności, był szept:

- Jesteś bezpieczna, Tess.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Rozdział 9

- Dostałam ją w prezencie od mojego męża. Był to mój prezent ślubny, kiedy wyjeżdżaliśmy na miesiąc miodowy do Rosji. Była zima, więc dobrze się składało. - wytłumaczyła Madeleine, trzymając błękitną suknię (tył sukni), która została uszyta specjalnie na zimę. W okolicach szyi i klatki piersiowej miała miękkie futro.

- Jest przepiękna, ale nie mogę jej przyjąć.

- Mój mąż już niestety nie żyje. Był przyziemnym i umarł ze starości. A tej sukni od tamtego czasu już na sobie nie miałam. Za dużo wspomnień w niej jest, a po za tym nie mieszczę się w niej. W czasie ślubu byłam o wiele, wiele chudsza. - zaśmiała się cicho. - Dlatego chcę, aby teraz był to prezent ode mnie dla ciebie. Tobie się przyda bardziej, szczególnie teraz, kiedy masz zamiar wyruszyć w długą drogę. - położyła ostrożnie materiał na łóżko.

- Dziękuję. - szepnęła w końcu Tessa, patrząc na suknię i starając sobie wyobrazić jak będzie w niej wyglądać. Kobieta widząc jej minę, odpowiedziała Tessie ciepłym uśmiechem, po czym delikatnie złapała ją za ramiona.

- Ale zanim ubierzemy cię w to cudo, musisz się umyć. - uprzedziła i zaprowadziła Tessę do łazienki obok. Wanna o dziwo była już pełna ciepłej wody. - Ręczniki leżą obok umywalki. Kiedy będziesz już gotowa, zawołaj mnie, a ja pomogę ci się ubrać. - po tych słowach, wyszła.

Tessa nie mogąc się doczekać, aż w końcu zanurzy się w ciepłej wodzie, zrzuciła z siebie białą koszulę nocną i weszła do wanny.

Czuła się błogo. Nie wierzyła, że dożyje tej chwili. Zamknęła oczy i oparła głowę, osuwając się jeszcze niżej, aż do brody. Mogła tak leżeć i się delektować ciepłem bez końca, ale wiedziała, że musi się śpieszyć, bo Charlotte i inni prawdopodobnie ją szukają.

Zanurzyła się więc cała. Wychodząc na powierzchnie, wzięła do ręki lawendowe mydło i zaczęła się nim myć. Brudne ciało, stopy, dłonie, twarz, włosy. Ponownie się zanurzyła, aby wszystko spłukać i, aby następnie wyjść i się owinąć miękkim ręcznikiem. Wycisnęła włosy, po czym zawołała Madeleine.

***

- Teraz mogę stwierdzić, że wyglądasz lepiej niż wtedy, gdy cię znalazłam. - Madeleine, wsunęła ostatnią spinkę z maleńką perełką w kok.

Tessa stała przed lustrem, widząc w jego odbiciu dziewczynę, która była ubrana w zimową sukienkę i białe obcasy nad kostkę. Z włosów miała upięty niski kok z warkocza, taki jaki jej zawsze robiła Sophie. Twarz też miała inną... czystszą. Do tego Madeleine nałożyła na jej usta brzoskwiniowej pomadki, a na powieki odrobinę ciemnoszarego cienia. Tessa jeszcze tylko ścisnęła sobie lekko policzki, aby nie wyglądać tak blado.

- Nie wiem jak ci dziękować. - odwróciła się w stronę blondynki, która podeszła i ją przytuliła.

- Wesołych świąt, Tesso. - szepnęła jej do ucha. - A teraz chodźmy coś zjeść.

Na dole był salon połączony z jadalnią i kuchnią. Duży, okrągły stół był już nakryty i pełny różnych potraw. Zasiadły do stołu, kiedy tym czasem mężczyzna o blond włosach i błękitnych oczach zaczął nalewać im do kubków barszczu.

- Wiem, że powinnyśmy jeść dopiero wieczorem, ale nie zawsze się trzymam tradycji.

- Nic nie szkodzi. - powiedziała Tessa, przypominając sobie jak z Natem zawsze brali łyżki i podkradali nimi kawałki ich ulubionych potraw ze stołu świątecznego, kiedy nikt nie patrzył. Uśmiechnęła się lekko na to wspomnienie i nałożyła sobie na talerz gulaszu i dwie bułki. Jadła i popijała przepysznym barszczem. Dopiero w tamtej chwili zrozumiała od jak dawna nie jadła i jak bardzo jest teraz głodna. Wszystko pochłonęła w przeciągu piętnastu minut. Czuła się o wiele lepiej, ale ból gardła i małe zawroty głowy wciąż nie ustępowały. - Dziękuję, było przepyszne.

- Cieszę się. Teraz przynajmniej masz kolory na twarzy. - zaśmiała się. - Kiedy się kąpałaś, kazałam mojemu służącemu przygotować dla ciebie torbę z prowiantem i kilkoma innymi niezbędnymi rzeczami na podróż. Koń też już jest przygotowany.

- Jak mogę się odwdzięczyć za taką pomoc?

- Nie musisz, cieszę się, że mogłam cię poznać. Jeśli potrzebujesz czegoś jeszcze, to po prostu powiedz.

Zastanowiła się chwilę...

- Czy... miałaby Pani antidotum na truciznę, która płynie w mojej krwi?

Madeleine oparła łokcie o brzegi stołu i na pięściach oparła głowę, myśląc. Zamknęła oczy i się chwilę zastanowiła. Mając tak spokojną twarz wyglądała o wiele młodziej. A skoro teraz jest bardzo atrakcyjna jak na swój wiek, to ciekawe jak musiała wyglądać jeszcze wcześniej, pomyślała Tessa.

- Czuję w tobie tą truciznę, ale niestety nie mam takiego antidotum. Trucizna posiada w sobie zaklęcie, które uniemożliwia jej wydostanie się z twojego organizmu.

- A zdołałabyś je złamać? - głos Tessy był pełen nadziei.

- Bardzo bym chciała, ale nie mam wystarczająco mocy. Musi to być ktoś, kto jest naprawdę silny.

- Zna Pani kogoś takiego?

Kobieta usiadła sztywno i znów zastanowiła się chwilę...

- Catarina Loss odpada. Ragnor Fell też. - mruknęła, podgryzając swój mały palec u lewej dłoni, ale w pewnej chwili znieruchomiała. - Magnus Bane. - szepnęła ledwo słyszalnie i ponownie spojrzała na Tessę.

- Kto?

- Magnus Bane, to czarownik, którego poznałam kiedyś w Peru. Być może on będzie potrafił cię wyleczyć, ale nie jestem do końca pewna. Tak czy inaczej, mieszka w Londynie.

- Dobrze, postaram się go odnaleźć. Dziękuję, jeszcze raz. - wstała i razem z Madeleine wyszły na dwór. Chłodne powietrze uderzyło w jej twarz, ale o dziwo wcale nie przeszedł jej dreszcz. Suknia była ciepła i nie przepuszczała zimna.

Blondynka zaprowadziła Tessę na tył domu i pokazała jej pięknego, brązowego konia, który miał już na sobie siodło i uzdę. Służący właśnie przyszedł i zaczął przypinać średniej wielkości, skórzaną torbę do konia.

- Masz tam prowiant, wodę w manierce, bandaż, środek na oczyszczanie ran, koc i pieniądze. A to są dodatki. - powiedziała Madeleine i wyciągnęła dłonie zza pleców. Na jednej leżała para białych, skórzanych rękawiczek, a w na drugiej srebrny sztylet w pochwie na grubym łańcuszku, który zapięła Tessie wokół pasa. Nigdy nie nosiła przy sobie takiej piękniej broni. Nigdy nie sądziła, że będzie musiała się nią posługiwać.

- Ja... nie wiem co powiedzieć... - wydukała Tessa, ubierając ciepłe rękawiczki. W środku były zrobione z miękkiego futerka, które ogrzewało jej dłonie i opuszki palców. Ostatni raz widziała takie rękawiczki na dłoniach pewnej bogatej kobiety.

- Nic nie musisz. Jeżeli chcesz mi się odwdzięczyć, to po prostu dojedź bezpiecznie do swojego celu. - uśmiechnęła się.

- Dlaczego mi Pani pomaga?

- Ponieważ bardzo przypominasz moją córkę, która zginęła z ręki Mortmaina. - jej ciepła dłoń pogładziła policzek Tessy.

- Ja...

- Nie trać czasu. Mortmain mógł się już zorientować, że cię nie ma. Ruszaj, Tesso i się nie daj. Koń jest szybki, więc nikt ci nie przeszkodzi. - wytłumaczyła i pomogła wsiąść dziewczynie na konia.

Kiedyś jak była młodsza, to ciocia Harriet zabrała ją i Nate'a na farmę, gdzie uczyli się jeździć w męskim siodle, ale nigdy nie siedziała jeszcze w siodle damskim. Musiała przyznać, że męskie było o wiele wygodniejsze, ale z suknią byłoby trudno usiąść w odpowiedniej pozycji, dlatego nie narzekała i ujęła ciemną uzdę w dłonie.

- Madeleine...

- Po prostu jedź. - przerwała jej.

Tessa posłała jej wdzięczny uśmiech, po czym ruszyła...

***

- Jem, wstawaj. Zaspaliśmy, musimy jechać. - Will zaczął szturchać lekko Jem'a, który jedynie ziewnął, przeciągając się. - Jem...

- Już wstaję, daj mi chwilę.

Blondyn już po chwili wstał, ubrał się i zjadł chleb, który miał w torbie. Will jedynie obserwował ruchy swojego parabatai, który był bladszy i wolniejszy niż zazwyczaj. Wiedział, że skończył się proszek yin fen. Teraz nie tylko uratowanie Tessy i pokonanie Mortmaina będzie problemem, ale i znalezienie narkotyku dla Jema.

Jego rozmyślanie przerwał syk palącej się kartki w powietrzu. Odchylił głowę i zobaczył spadającą ognistą wiadomość. Złapał ją i rozłożył papier, zaczynając czytać:

"Will, nie wiem od czego mam zacząć. Wczoraj zdarzyło się coś, co niestety wpłynie na nasz wszystkich bardzo dotkliwie, a szczególnie na Tessę.
Zajmowaliśmy się jej bratem najlepiej jak potrafiliśmy. Było dobrze. Nie było poprawy, ale i nie było gorzej. Tak czy inaczej wczoraj wieczorem serce Nate'a przyśpieszyło do tego stopnia, że nie potrafiliśmy go uratować. Miał atak krzyków i drgawek. Robiliśmy co w naszej mocy, ale niestety było za późno. Jego serce się zatrzymało już na zawsze. Odszedł. Wiadomość wysłałam również Charlotte, która razem z innymi wyruszyła na wojnę z Mortmainem. Kiedy uratujecie Tessę, przekaż jej proszę moje, a także innych kondolencje.

                                                                                                 Cecily"

Zgniótł kartkę w kulkę, którą wrzucił do żarzącego się kominka. Kartka spłonęła w kilka sekund.

- Will, co się dzieje? - blondyn stanął przed brunetem, trzymają w ręku swoją torbę.

- Nate... brat Tessy on... nie żyje. Umarł wczoraj. - wytłumaczył, wciąż wpatrując się w podłogę. Gdziekolwiek nie spojrzał, widział twarz Tessy... pełną smutku i całą we łzach.

- O czym ty mówisz? Nie żyje? Jak?

- Jego serce biło za szybko i nie wytrzymało.

Jem westchnął i usiadł na materacu, chowając twarz w dłonie.

- Co teraz będzie z Tessą? Załamie się.

- Nie powiemy jej od razu. - powiedział Will automatycznie.

Nie mogą jej powiedzieć. Nie od razu. Nie, kiedy znajdą ją wychudzoną, brudną i po okropnych przeżyciach. Wtedy będzie jeszcze gorzej. Powiedzą jej o Nacie, ale nie teraz... później.

- Ruszajmy już. - mruknął Jem, wstając. Will ugasił ogień, wziął swoją torbę i we dwaj ruszyli na dwór. Przyczepili torby i właśnie mieli wsiąść na konie, kiedy usłyszeli tupot kopyt z daleka. Odwrócili głowy i ujrzeli z daleka jak w ich kierunku zmierza grupa Nefilim na koniach.

- Will, ile my zaspaliśmy?

- Kilka godzin.

Po kilku minutach grupa Nefilim się zatrzymała. Will rozpoznał wszystkich. Całą Enklawę. W tym Charlotte, która właśnie zsiadła z konia i podeszła bliżej.

- Martwiłam się o was. - szepnęła, przytulając chłopaków do siebie. - Odpuściliśmy sobie jedną noc, byleby was dogonić. I chwała Razjelowi, udało się nam.

- Dostałaś list od Cecily?

Mina ulgi znikła z twarzy Charlotte, a zastąpiła ją mina zmartwienia i kiwnięcie głową.

- Tak. Od tamtego czasu zastanawiam się, co powinnam powiedzieć Tessie, kiedy ją uratujemy.

- Powiemy jej jak wrócimy do instytutu.

- Ale, Will...

- Naprawdę będziesz ją chciała bardziej dobić, kiedy ją uratujemy brudną i zrozpaczoną, po okropnych przeżyciach?

Charlotte po chwili zastanowienia pokręciła przecząco głową.

- Masz racje. - mruknęła.

- Ruszajmy dalej. Musimy jak najszybciej dotrzeć do Arthog. Pokonamy Mortmaina i uratujemy Tessę. - powiedział Jem.

***

Chłodne powietrze uderzało w jej twarz, a kosmyki włosów wirowały w powietrzu. Kręgosłup bolał ją już od kilku godzinnej jazdy, ale mimo to nie chciała się zatrzymywać. Nie mogła ryzykować, bo co jeśli teraz Mroczne Siostry lub co gorsza maszyny Mortmaina są już za nią w pogoni?

W dodatku ból gardła, który nie ustępował ani na chwilę.

Jej myślenie przerwał jakiś mężczyzna w piżamie, który stał kilkadziesiąt metrów dalej. Jego twarz była blada i obojętna. W dłoni trzymał tablicę, która miała napis "Umrzesz".

Zmrużyła oczy, aby się lepiej przyjrzeć, lecz kiedy mrugnęła, mężczyzna znikł. Po chwili znów było to samo. Tyle, że zobaczyła kobietę, a na jej tabliczce pisało "Sierota". Zamrugała, a kobita znikła zupełnie jak mężczyzna.

- To tylko halucynacje. - szepnęła do siebie i starała się patrzeć na wprost. Nie chciała się już rozglądać. Mrugała normalnie. Mrugnęła. Mrugnęła. Mrugnęła. I nagle wyrosła przed nią kamienna ściana. Gwałtownie zatrzymała konia, przez co uniósł się na tylnych kopytach. Nie mogąc się utrzymać w siodle, zsunęła się, zrywając swym ciałem również torbę. Następnie dość boleśnie upadła na plecy, a koń pobiegł dalej.

Odkasłała, nie mogąc złapać tchu. Dopiero po chwili mogła normalnie oddychać i otworzyć oczy... i nie zobaczyć żadnej ściany. Jedynie co zobaczyła, to jej koń pędzący w oddali i torbę u jej stóp.

Usiadła, ale czując ból w klatce piersiowej, opadła z powrotem na śnieg klnąc na cały głos.

Wiem, że rozdział pewnie taki se i przepraszam za to... niby miałam na niego pomysł, ale jakoś nie miałam weny do napisania sensownego zdania. Nie wiem jak to nazwać, ale obiecuję, że pisząc rozdział 10 się przyłożę bardziej ;) A teraz WAŻNE PYTANIE. Więc... do mojej głowy wpadł pomysł na nowe opowiadanie o Darach Anioła. Gdybym założyła nowego bloga (nie wiem kiedy, ale nie teraz), to czy czytalibyście?

sobota, 15 sierpnia 2015

LBA i TAG

Serdecznie bym chciała podziękować Adriannie Moroń za nominację do LBA i TAG <3 Cieszę się, że spodobał ci się mój blog :))

  1. Co sądzisz o mojej twórczości? Masz jakieś uwagi, czy rady?
- Niestety jeszcze nie czytałam twojego bloga, ale się postaram, a póki co ocenię jego wygląd =tajemniczy, mroczny <3
2.       Kiedy masz urodziny?
- 15.04
3.       Jakie jest twoje największe marzenie?
- Zostać pisarką.
4.       Gdybyś miał/a jutro umrzeć co chciałbyś/chciałabyś wcześniej zrobić?
- Wyznała miłość chłopakowi, w którym się podkochuje.
5.       Jaka jest twoja ulubiona potrawa?
- Risotto
6.       Jaki masz kolor oczu?
- Brązowy
7.       Masz jakieś pasje oprócz pisania? Jeśli tak, to jakie?
- Czytanie, gra na keyboardzie
8.       Kim chciałbyś/chciałabyś zostać w przyszłości?
Psychologiem i pisarką
9.       Bez czego nie wyobrażasz sobie życia?
- Bez rodziny, książek, bloga (pisania) i kawy mrożonej :D
10.   Jaki jest twój ulubiony smak lodów?
- Mięta-czekolada i kawowe
11.   Opisz siebie w 5 słowach.
- Wrażliwa, tajemnicza, przyjacielska, dokładna, często się uśmiechająca, by zamaskować swoje uczucia


TAG:
1.       Wolisz czytać trylogię, czy powieści jednotomowe?
Trylogię bo nie lubię gdy opowieść szybko się kończy.
2.       Wolisz czytać autorki czy autorów?
Lubię autorki, ale autorów również np. John Green.
3.       Empik czy księgarnie internetowe?
I to i to
4.       Wolisz ekranizację typu film czy typu serial?
Seriale, bo wtedy reżyser może dodać więcej wątków ważnych jak i mniej ważnych.
5.       Wolisz czytać pięć stron dziennie czy pięć książek tygodniowo?
Pięć stron dziennie.
6.       Wolisz być recenzerem czy autorem?
Autorem :D
7.       Wolisz w kółko czytać dwadzieścia książek, czy sięgać po nowe?
Sięgać po nowe i zaglądać do starych.
8.       Wolisz być bibliotekarzem czy sprzedawcą książek?
Sprzedawcą książek, nie wiem dlaczego :D
9.       Ulubiony typ literatury czy wszystko poza?
ULUBIONY!
10.   Książka fizyczna czy e-book?
ZAWSZE książka fizyczna!

Mam nadzieję, że mi wybaczycie jeżeli tym razem nikogo nie nominuję :(



piątek, 14 sierpnia 2015

Rozdział 8

Woda wsiąknięta w jej ubrania zamarzła, sprawiając że były one teraz sztywne jak druty. Śnieżyca była już mniejsza. Wiatru praktycznie nie było, a z nieba pełnego gwiazd prószyły delikatnie płatki śniegu, które osadzały się na Tessie.

Szurała butami w śniegu, co chwilę upadając na biały puch. Z trudem się podnosiła i szła dalej. Nie wiedziała ile trwa już wędrówka, ale miała wrażenie, że godziny. Miała już dosyć. Mimo iż uwielbiała zimę i to, co z nią związane, to w tamtej chwili nienawidziła zimna ponad wszelkie granice.

Nie czuła już stóp, ani tym bardziej ich palców. Ręce bolały ją jak diabli z zimna i mimo iż ciągle trzymała je pod pachami, to nic nie dawało. Nos jak i twarz, wydawały jej się zrobione z lodu. Na włosach miała szron, a jej usta były z pewnością całe sine. Głos jej utkwił w krtani, z powodu bólu gardła, który wciąż się nasilał. Nie mogła do siebie mówić i kłócić się więcej z losem lub zimnem, przez co jej silna wola przeżycia słabła.

Wspomnienia ją trzymały przy życiu. To dzięki nim się jeszcze nie poddała, rzucając w śnieg i zdejmując naszyjnik. Wspominała jak razem z Nate'm budowali osobne mury ze śniegu, a następnie się za nimi chowali i rzucali w siebie śnieżkami. Udawali, że są władcami murów i toczą wojnę na pociski, których rolę zagrały śnieżki. Bawili się, póki ciocia Harriet lub - jeszcze wcześniej - mama Tessy nie zawołały ich na gorącą czekoladę, którą tata Tessy przywoził z podróży. A kiedy nadchodził dzień Bożego Narodzenia, wieczorem lepili największego bałwana, jakiego potrafili. Kiedy ten był gotowy, siadali przy stole pełnym potraw i całą rodziną jedli kolację wigilijną. Po zjedzeniu i podzieleniu się opłatkiem, siadali obok pięknej choinki, którą ojciec Tessy kupował w każdą wigilię, i którą przyozdobiły jej mama i ciocia, używając cukrowych laseczek, najróżniejszych bombek i świeczek. Ale najbardziej co ona i Nate lubili w - jak to określała - magicznym drzewku, były kryjące się pod nim, prezenty. Zapakowane starannie w kolorowy papier i podpisane pięknym pismem mamy, które pewnego razu Tessa rozpoznała, odkrywając, że Święty Mikołaj wcale nie istnieje. Zawsze po zaśpiewaniu jednej kolędy, jedna z osób przyjmowała swój prezent i go odpakowywała, a potem kolejna kolęda i kolejna osoba dostawała prezent.

"Boże Narodzenie" pomyślała, starając sobie wyobrazić, jak będzie je obchodzić, kiedy wszystko się skończy.

Całe myślenie i mroczki przed oczami, przerwały jej niewyraźnie światła, które z każdym krokiem zaczęły się wyłaniać ze śniegu, po chwili ukazując niewielką, dwupiętrową chatę. Widać nie był opuszczony, bo ciepłe światło paliło się i wypadało przez okna.

Wytrzeszczyła oczy, kiedy jej umysł zalała fala myśli o ogniu, który może się kryć za tymi drewnianymi ścianami.

Przyśpieszyła kroku, a raczej chwiania i kuśtykania w stronę drzwi. Znajdowały się od niej kilkanaście metrów, ale dotarła do nich dopiero po pięciu minutach, zaczynając w nie walić najmocniej jak potrafiła. Po chwili drzwi się otworzyły. Właśnie chciała wyostrzyć wzrok, aby móc dostrzec osobę, która stała u ich progu, lecz ciepło buchnęło ze środka i uderzyło w Tessę. Czując je na swojej twarzy, nogi się się pod nią ugięły, a powieki opadły, zaczynając ważyć tonę. Ostatnie co zapamiętała, to że czyjeś chude, ciepłe ramiona ratują ją przed upadkiem...

***

- Proszę, zjedz jeszcze jedną. - Cecily przysunęła srebrną łyżkę napełnioną zupą rybną do ust Nate'a, który posłusznie otworzył usta i przełknął płyn.

- Dziękuję, ale już nie mogę. Podziękuj za mnie Sophie.

Brunetka spojrzała na głęboki talerz, który wciąż był prawie pełny. Westchnęła zrezygnowanie i włożyła łyżkę do talerza.

- Znowu tylko sześć łyżek? Nate, musisz jeść więcej inaczej zostanie z ciebie sam szkielet. - powiedziała spokojnie. - Wiem, że twój żołądek przyzwyczaił się do pochłaniania tej samej, małej porcji co w celi u Mortmaina, ale musisz się zmusić.

- I tak się zmuszam, że by w ogóle jeść. - powiedział nieco cichszym głosem. - Ale chętnie wziąłbym coś na ból gardła.

- Dostałeś już dzisiaj cztery razy lekarstwo, nie możesz więcej.

- Ale...

- Pójdę poprosić Sophie o ciepłe mleko z miodem, a teraz odpocznij. - nakazała i wolną ręką nakryła go bardziej kołdrą, po czym wyszła, zostawiając jedynie palącą się świeczkę na stoliku.

Ile on tak jeszcze wytrzyma? pomyślała. Brat Tessy był bardzo wybredny, jeśli chodzi o jedzenie, a kiedy przypadło mu coś do gustu, to bardzo mało jadł. Oczywiście to nie jego wina, ale jeżeli nie będzie jadł większych porcji, to Cecily jak i inni będą bezradni. Nate i tak już dużo schudł. Wtedy jak był u Mortmaina i teraz w instytucie, ponieważ nie zawsze chciał jeść. Najgorsze również było to, że jego stan prawie w ogóle się nie poprawia. Musi ciągle zażywać lekarstwa i witaminy, których niestety jedzenie nie ma szans mu dostarczyć. Jego stan był ciężki, kiedy tamtego dnia się tutaj zjawił, ale Cisi Bracia zrobili co mogli i podali mu lek, przyśpieszający bicie serca, dzięki czemu ciepło szybciej wróciło. Nate ma zażywać lek zawsze rano, do póki mu się nie poprawi. Do tego czasu musi odpoczywać jak najwięcej. A ponieważ duże ruchy sprawiają mu ból, trzeba go karmić lub mu pomagać wstać, kiedy chce się iść umyć, skorzystać z toalety lub się przebrać w świeżą piżamę. Najczęściej pomagają mu Sophie i Cecily, a towarzystwa dotrzymuje mu Panna Lovelace, której wyraźnie Nate przypadł do gustu. Często obok niego siedziała, grała z nim w szachy (przesuwając za niego pionki) lub po prostu rozmawiała i go rozbawiała.

Z zamyśleń wyrwał ją głos Gabriela i Gideona, którzy właśnie wyszli zza rogu, zacięcie prowadząc dyskusje. Lecz widząc brunetkę zatrzymali się, a Gabriel lekko położył dłoń na jej plecach.

- Właśnie rozmawialiśmy z Gideonem, czego moglibyśmy nauczyć ciebie i Sophie na trenin... - przerwał, widząc jej zmartwioną minę. Ujął jej twarz w swoje dłonie. - Co się stało, Cecy?

Nic nie mówiąc, pokazała mu talerz pełen zupy.

- Trzeba powiedzieć o tym Charlotte. - odezwał się po dłuższej chwili Gideon.

- Wątpię, aby temu zaradziła. Brat Tessy robi się co raz słabszy. Pamiętacie, co powiedzieli Cisi Bracia? - podniosła na nich wzrok. - Nate może umrzeć w każdej chwili, ponieważ jego serce wciąż jest słabe. A kiedy nie je, to jest jeszcze gorzej. Trzeba coś wymyślić, bo... - przerwał jej głośny krzyk blondyna. Rzuciła się w stronę jego pokoju, upuszczając przy tym talerz, który pobrudził podłogę. Ale nie to było teraz ważne.

Ona, Gabriel i Gideon wpadli do pokoju, zastając Nate'a rzucającego się na łóżku. Krzywił się z bólu. Lightwoodowie rzucili się w jego stronę, starając go unieruchomić. Z trudem im to wychodziło, ponieważ chłopak mimo iż był dość chudy, to jego mięśnie dało się dostrzec.

- Cecily, podaj lekarstwo! Szybciej!

- Gideon, ona nie może! Lek przyśpieszy jego serce, które i tak bije za szybko!

- Trzeba je uspokoić, ale nie wiem jak... - zaczęła, podchodząc do brzegu łóżka. Ujęła w swoje ręce rozpaloną twarz Nate'a. - Spokojnie, zrób głęboki wdech i wydech. - nakazała, a chłopak zaczął robić to o co prosiła, ale z marnym skutkiem. Zaciskał zęby, a po chwili również powieki. Mimo to, nie odpuszczała. Powtarzała mu zadanie na głos i tak w kółko, aż w końcu jego ciało przestało się rzucać. Znieruchomiało, zupełnie tak jak jego powieki i zaciśnięta szczęka. Gabriel i Gideon odsunęli się nieco, aby Cecily mogła jeszcze bardziej się zbliżyć i położyć głowę na piersi chłopaka. Chciała wyczuć i posłuchać bicia jego serca (kiedy tym czasem jej biło jak oszalałe). Jedno uderzenie rozległo się w środku. Drugie uderzenie... trzecie uderzenie... i cisza. Rozdziawiła usta, a do jej oczu zaczęły napływać łzy. Z drżącym oddechem, powoli zaczęła się odsuwać od piersi Nate'a.

- Cecy? - zaczął ostrożnie Gabriel, patrząc na nią tak, jakby chciał się zapytać "Żyje?"".

Pokręciła ledwo widocznie głową, a po jej policzkach spłynęły ciepłe łzy. Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech, czując jak dobrze jej znane ramiona ją obejmują i do siebie przyciągają. Nie wiedziała dlaczego płacze. Przecież widziała już jak człowiek umiera. I to nie raz... A może bała się reakcji Charlotte? Może bała się, że zacznie ją obwiniać, że nic nie potrafiła zaradzić? Lub po prostu się bała o Tessę, która jeśli się dowie, to się załamie na wieść iż jej ostatni członek rodziny umarł?

W tamtym momencie do pokoju weszła Jessamine w chabrowej sukni, a za nią Sophie z tacą, na której leżały karty do grania. Lecz kiedy zmierzyły wzrokiem sytuację wzrokiem, obydwie zastygły. Panna Lovelace, widząc ciało blondyna, zbladła. Zrobiła pierwszy krok i się zachwiała. Złapała równowagę i ruszyła bliżej łóżka, aż usiadła na jego brzegu. Pogładziła lekko palcem policzek Nate'a i nachyliła się, aby złożyć pocałunek na jego czole, zostawiając na nim nie tylko ślad brzoskwiniowej szminki, ale i kroplę łzy, która spływała po policzku, tak jak pozostałe.

Wyprostowała się i wybuchła cichym płaczem, chowając twarz w dłonie.

Mimo żałoby, wszyscy zszokowani spojrzeli na Jessamine - która zawsze chodziła, nie okazując żadnych emocji, której serce zawsze było jak z kamienia, której nigdy nie obchodził los innych - która teraz płakała prawdziwymi łzami.

- Panienko Lovelace... - zaczęła Sophie również z oczami pełnymi łez i podeszła do dziewczyny, siadając obok niej i przyciągając ją czule do siebie. - Cii, Panienko...

Cecily wtuliła się bardziej w Gabriela i szepnęła mu najciszej jak umiała;

- Trzeba wysłać ognistą wiadomość Charlotte i Willowi...

***

Miała wrażenie, że się lekko unosi i opada. I znowu, aż wszystko ustało i zaczęła mieć wrażenie, że świat wiruje... i znowu ustał. Teraz wszystko było nieruchome. Stabilne. Czuła, że leży na czymś bardzo miękkim, wygodnym i... ciepłym. Ciepło. Takie cudowne ciepło.

Rozchyliła zaspane powieki, lecz jedynie co zobaczyła, to zamazany obraz. Dopiero po kilku sekundach wyrównała jej się ostrość i mogła wyraźnie widzieć pomieszczenie, w którym się znajdowała.

Mały pokój. W lewym kącie znajdował się nieduży kominek, od którego biło ciepło. Przed nią znajdowała się mała komoda z ciemnego drewna, a nad nią tej samej szerokości obraz, przedstawiający zachód słońca nad morzem. Po prawej stronie komody znajdowały się zwykłe drewniane drzwi o metalowej klamce. Po obu jej stronach stały stoliki nocne. Na podłodze, pod jej małżeńskim łóżkiem, znajdował się perski dywan. A z sufitu zwisał mały, złoty żyrandol z motywem liści.
Ona sama była przykryta kremową, satynową kołdrą i grubym kocem w kratkę.

Po jej lewej stronie zauważyła okno, zakryte również kratkowymi zasłonami do ziemi.

W pewnej chwili usłyszała pukanie, a po chwili do pokoju weszła wysoka, szczupła, chuda kobieta o blond włosach. Wyglądała na czterdzieści osiem lat. Miała już oznaki starzenia się, ale po za tym była dość atrakcyjna jak na swój wiek. Ubrana była w zielono beżową suknie i ciemną pelerynę, którą odpięła i położyła na komodzie.
- Cieszę się, że się obudziłaś. - powiedziała, uśmiechając się lekko i siadając na brzegu łóżka. - Nazywam się Madeleine Russell.

- Tessa Gray. - odpowiedziała i odwzajemniła uśmiech. - Myślałam, że ten dom jest opuszczony.

- Wprowadziłam się tutaj kilka tygodni temu ze swoim służącym. Nie przepadałam za otoczeniem pełnym tłumu. Gustuję bardziej na odludziach. Ale dość o mnie, chętnie bym się dowiedziała, co robiłaś w nocy na dworze i to w takiej śnieżycy? Byłaś więźniem Mortmaina?

- Ja... Pani zna Mortmaina? - Tessa wytrzeszczyła oczy.

- Owszem, jestem czarownicą. Jestem na bieżąco jeśli chodzi o świat podziemnych. Ale nie martw się, nie mam zamiaru cię wydać w jego ręce. Wiem jaką jesteś cenną zdobyczą dla niego.

- Nie jest Pani po jego stronie.

- Nie, nie jestem. Za dużo zła wyrządził i ma zamiar wyrządzić. A ja nie jestem tą złą czarownicą z bajek dla dzieci, która staje zawsze po stronie tych złych.

- Więc jest Pani bardziej jak Dobra Wróżka. - zażartowała Tessa, na co Madeleine wybuchła śmiechem i pokiwała głową.

- A ty mi przypominasz Dziewczynkę z Zapałkami. I chętnie wysłucham, co ci się stało.

Tessa kiwnęła głową i zaczęła opowiadać o wszystkim kobiecie. Miała dziwne wrażenie, że może jej ufać. Nie wiedziała czy to dlatego, bo kobieta była podobna do cioci Harriet, czy może dlatego, że uratowała ją przed zamarznięciem. Ale chyba obydwa powody.

***

- Bardzo dużo przeszłaś. - stwierdziła Madeleine, po tym jak Tessa opowiedziała jej o całej sprawie z Mortmainem. - Tym bardziej powinnaś teraz odpocząć. 

- Chętnie bym została, ale muszę ruszać dalej w stronę Londynu. Dziękuję Pani za ratunek i taką gościnę.

Kobieta westchnęła zrezygnowana, ale po chwili znieruchomiała.

- A zrobisz mi tę przyjemność i pozwolisz sobie pomóc? Będzie to mój prezent Bożonarodzeniowy. - uśmiechnęła się promiennie.

- Co?

- Dzisiaj Boże Narodzenie. Zrobisz dla mnie wyjątek?

Boże Narodzenie... Całkowicie straciła poczucie czasu. Czuła się dziwnie, bo niezbyt czuła świąteczną atmosferę. Ale mimo to, na sercu zrobiło się jej jakoś... ciepło. Miło.

- Dobrze, dziękuję.

Kobieta się uśmiechnęła i ujęła dłoń Tessy, wstając.

- W takim razie chodź. W mojej szafie na pewno znajdę jakąś odpowiednią dla ciebie suknie i buty.

Wygrzebała się z pod kołdry i koca, po czym ruszyła za Madeleine. Wyszły z pokoju. Po lewej było jedynie okno, po prawej kilka metrów dalej były schody, a na przeciwko dwie pary drzwi. Blondynka otworzyła te po prawej i wpuściła Tessę do środka, ukazując jej swoją sypialnie. Była właściwie taka sama, z tą różnicą, że zamiast komody była ogromna szafa. Kobieta podeszła do niej i otworzyła ją szeroko, ukazując jeszcze więcej sukien i innych dodatków, niż w szafie u Mortmaina.

Bała się, że Madeleine wybierze jej suknie dla kogoś około pięćdziesiątki, ale kiedy po piętnastu minutach szukania wyciągnęła odpowiednią, Tessie aż zabrakło tchu.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Rozdział 7

Kolejny raz zmieniła pozycję. Nie mogła spać. Łóżko mimo iż miało grubszy materac niż w pozostałych celach, to pręty i tak wbijały się w jej obolałe plecy. W pomieszczeniu było zimno i wilgotno. Trudno się dziwić, skoro za oknem była zima. Powietrze i śnieg łatwo wpadały przez kraty okna, lądując na kamiennej posadzce. Nakryła się gryzącym kocem (ponieważ drugi rzuciła do celi obok, gdzie znajdowała się samotna matka z niemowlęciem i dziewczynką) pod samą szyję, ale nadal czuła jak jej ciało drży z zimna. W dodatku jeszcze te hałasy, odbijające się echem. Słyszała płacz niemowląt i dzieci, a także cichy szloch matek. Słyszała ostre kaszlenie mężczyzn i ciche przekleństwa wypływające z ich ust.

"Manu fortis" odezwał się głos cioci Harriet w jej głowie.
"Bądź odważna".

"Odwaga nic mi nie da" odpowiedziała Tessa i była to prawda. Nikt i nic jej teraz nie pomoże. Nie Will. Nie Jem. Nie Charlotte. Nie Nate. Nie odwaga. Nic. Była zdana na siebie. W dodatku była chora. Robiło się co raz gorzej. Jeżeli zdejmie naszyjnik - umrze. Jeżeli go zostawi - będzie cierpieć. A nie chciała umierać. Nie tutaj i nie tak. Prędzej chciała się poświęcić, a umieranie w celi to nie poświęcenie, tak samo jak śmierć w czasie rytuału.

- Przepraszam? - niemal podskoczyła, słysząc nagle głośny szept obok ucha. Odwróciła się do ściany i zobaczyła przed sobą dziurę w kamieniach, wielkości pierścionka. Zamrugała kilka razy i przyjrzała się dokładniej, widząc po chwili czyjeś oko.

- Kim jesteś? - spytała równie głośnym szeptem. Nie bała się. Nic jej nie mogło już przerazić bardziej od maszyn i tej okropnej celi. Była raczej ciekawa.

- Nazywam się Samuel Hastings, panienko. Jestem z celi, która się znajduje w innej części zamku. A tą dziurę zrobiłem z nudów łyżką. - po jego głosie można było się domyślić, że miał mniej więcej około siedemdziesięciu lat. A z widocznego kawałka twarzy dało się dostrzec zmarszczki.

- Ile Pan już tutaj jest?

- Dwa, ciężkie miesiące, ale ponieważ jestem stary, traktują mnie tutaj nieco lepiej niż was... ale nie lepiej niż ciebie. Domyślam się, że jesteś w celi, która jest przeznaczona dla specjalnych więźniów. Wiem, bo sam nim jestem. Jestem byłym czarownikiem Mortmaina. Tak czy siak, słyszałem jak cię tutaj wsadzali i jak rozmawiałaś z nim.

- Zgaduję, że nic Pan nie wie na temat rytuału, prawda?

- Zdziwisz się, ale wiem.

Tessa nieco się orzeźwiła i przysunęła się bliżej dziury.

- Błagam, niech Pan mi wszystko powie.

- Słyszałem o tobie naprawdę dużo, Tesso. Jesteś wyjątkowa, dlatego Axelowi tak na tobie zależy. Chciał, abyś została jego żoną, by mógł stworzyć więcej takich "gatunków" podziemnych jak ty. Ale teraz, kiedy poznał rytuał hipnozy, to nic go nie powstrzyma. Teraz, kiedy wie, że może zapanować nad wszystkimi i nie będzie musiał mieć - bez obrazy - takiej markotnej i niewiernej żony jak ty, zrobi wszystko. Odprawi rytuał, na którym ty będziesz ofiarą. Najpierw czarownik zacznie wypowiadać zaklęcie z księgi, potem zostaną przyniesione misy pełne krwi. Krew ludzi, czarowników, Nefilim, wampirów, faerie, wilkołaków i demonów. Z mis zostanie utworzony krąg, a w jego środku staniesz ty. Rytuał, to czarna magia, dlatego wymaga ofiary z demona, ale ty jesteś pół demonem i pół Nefilim, dlatego wszystko zostanie wzmocnione. Wracając do rytuału, na koniec Mortmain podejdzie i cię zabije, wbijając ci sztylet prosto w serce. Kiedy twoja krew spłynie na ziemie, będzie się palić, a potem strażnicy wyleją w twoją stronę krew z mis. Dym z ogromną prędkością rozprzestrzeni się po całym świecie. Ten, którego płuca wypełni dym, będzie już tylko podwładnym Mortmaina.

Przełknęła ślinę, a łzy szybko otarła. Wzięła głęboki oddech, nakazując sobie spokój. Nie mogła wpadać w panikę, bo ona jej nic nie pomoże.

- Jest jakiś sposób, aby mu przeszkodzić? - spytała najciszej jak umiała.

- Są dwa. Musisz się zabić lub uciec i zaszyć się w miejscu, gdzie nikt cię nie znajdzie.

Zaklęła cicho pod nosem.

- Nawet gdybym chciała zrobić którąś z tych opcji, to nie dam rady. Po pierwsze... - wolała nie mówić, że nawet jeśli zdejmie aniołka, to nie wie kiedy umrze. Do tego czasu Mortmain może zdążyć odprawić rytuał, ale wolała nie wspominać o swoim naszyjniku. - nie mam czym się zabić, a po drugie, nie mam jak i gdzie uciec.

- Masz delikatny głos, idealny dla młodej kobiety, która na pewno ma dobrą kondycję. Twój głos drży bardzo mocno w przeciwieństwie do mojego, mimo iż siedzę tutaj dwa miesiące. Ponieważ tak szybko zmarzłaś w ciągu jednego dnia, to znaczy, że jesteś bardzo chuda, nie masz w sobie odpowiedniej ilości tłuszczu, który by cię ogrzewał. Jeśli spędzisz tutaj, jeszcze dwa dni, to zamarzniesz na śmierć, a chyba nie chcesz umierać w męczarniach?

- Więc co mam robić? - spytała, wciąż będąc nieco zaskoczoną wiedzą starca.

- Jeżeli podstawisz kufer pod okno i na niego wejdziesz, to z łatwością dosięgniesz krat. Wiem, że jesteś wystarczająco chuda i szczupła, aby się przecisnąć między kratkami okna, bo kraty drzwi są zbyt wąskie. Przeciśniesz się i skoczysz z paru metrów do wody.

- Oszalał Pan?! - podniosła głos, wyobrażając siebie w lodowatej wodzie. Zrobiło jej się jeszcze bardziej zimno.

- Wiem, że wydaje ci się to szalone, ale to jedyne wyjście.

- Aby zamarznąć i się utopić.

- Nie. Musisz się trochę rozruszać, aby przywrócić ciału nieco ciepła, ale nie za dużo, tylko tyle by przywrócić czucie dłonią i stopą. Potem przyłóż koc blisko ust i zacznij głęboko oddychać, aby przestrzeń między twoimi ustami a kocem wypełniało ciepłe powietrze. Następnie weź głęboki, ciepły oddech i skocz do wody. Kiedy poczujesz na sobie lód, zacznij płynąć na powierzchnie, energicznie machając rękami i nogami, aby utworzyć jak najwięcej ciepła. Wyjdź na ląd i jak będziesz stała plecami do zamku, to kieruj się na wschód. W około godzinę dotrzesz do małej, opuszczonej chaty.

- W ciągu godziny umrę. Mam na sobie, tylko koszulę nocną.

- Skrzynia wcale nie jest pusta. Są w niej stare buty i płaszcz. Są co prawda stare i zniszczone, ale zawsze lepsze to niż nic. Poradzisz sobie. Jak będziesz się energicznie ruszać, to będziesz się pocić, a pot to ruch. Uwierz w siebie. Dasz radę. Ale radzę ci uciekać teraz, póki jest noc. Po ciemku nie będzie cię widać, a śnieżyca zakryje twoje ślady.

- Dlaczego mi Pan pomaga?

- Bo nie chcę by plan Mortmaina się spełnił. Życzę mu jak najgorzej. Po tylu latach z powodu drobnostki, wrzucił mnie do lochu, a mojego brata nagrodził, że na mnie naskarżył.

Nic już nie mówiąc zerwała się z miejsca, opatulając kocem, podeszła do skrzyni. Uniosła pokrywę z trudem, aby w środku znaleźć parę, starych, ciężkich butów ze skóry, które widocznie były dla mężczyzny. Obok leżał złożony, męski płaszcz z dziurami, jakby był częścią manekina treningowego. Westchnęła i ubrała buty mocno je sznurując, aby nie spadły. Następnie zrobiła w kocu dwie dziury, aby mogła w nie włożyć ręce. Posłużył jej jako pierwsza warstwa, na którą zarzuciła za duży na nią płaszcz, który zapięła pod samą szyję. Podbiegła ostatni raz do dziury i szepnęła cicho:

- Dziękuję Panu z całego serca. Obiecuję, że jak tylko wrócę do moich bliskich, to postaram się Pana stąd wydostać. Jestem dłużniczką.

- Nie, dziecko. Jedyne, co chcę, abyś mi obiecała, to że przeżyjesz. Nie poddasz się. Będziesz żyła i nie dasz się złapać, zgoda?

Wpatrywała się jeszcze chwilę w część jego warg, które nieco zaczynały się trząść. Zrobiło jej się żal starca.

- Obiecuję. - szepnęła, a po jej policzku spłynęła łza. - Jeszcze raz dziękuję.

- Powodzenia. - po tych słowach, Tessa stanęła i zaczęła energicznie poruszać rękami i nogami, byleby poczuć trochę ciepła. Po kilku minutach, kiedy poczuła w sobie szybsze krążenie krwi, podbiegła do skrzyni i podstawiła ją pod okno. Weszła na nią, nakazując sobie być silną. Złapała się zimnych krat i uniosła pierwszą nogę, wsuwając ją między kraty. Następnie się odepchnęła drugą, aż w końcu mogła idealnie zobaczyć całe jezioro i śnieżycę, która biła ją chłodnym śniegiem w twarz. Przyłożyła rękaw płaszcza, który śmierdział... starością. Zaczęła szybko oddychać, aż w końcu poczuła przy ustach i nosie ciepłe powietrze, którym napełniła swoje płuca. Przecisnęła się bardzo łatwo między kratami.

Spojrzała w dół na taflę jeziora, która miała małe fale. Pomyślała o swoim bracie i innych bliskich, których chciała zobaczyć. Zamknęła oczy i skoczyła...

***

Miała wrażenie, że utkwiła w ogromnej kostce lodu, a zimno ją paraliżowało. Ostre, zimne igiełki i kolce wbijały się w jej ciało. Chciała krzyczeć i płakać. Wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, ale nie potrafiła. Nic nie mogła zrobić. Zimna woda pchała ją cały czas w dół i w dół, a płaszcz nasiąknięty wodą jej w tym pomagał. Powietrze wypłynęło jej przez nos. Płuca domagały się powietrza, którego ona już właściwie nie miała. Cierpiała.

Poddała się, bo to jedyne co było możliwe w tej sytuacji. Przestała zaciskać powieki. Rozluźniła się. Jej ciało uderzyło lekko o piaszczyste dno, wyrzucając nieco piasek w górę. Powietrze z jej ust maleńkimi bańkami zaczęło wypływać na powierzchnie...
.
.
.
.
.
"Nie poddawaj się, Tessie" - usłyszała głos Nate'a, gdzieś w ciemności.

"Nie możesz umrzeć' - Charlotte, to na pewno była ona. Ten łagodny głos, pełen rozpaczy.

"Musisz walczyć, wiem że dasz radę. Uwierz w siebie" - Nie potrafię, chciała powiedzieć Jemowi.

"Nie zawiedź swoich rodziców i mnie, Theresso" - Już dawno ich zawiodłam, ciociu Harriet, pomyślała.

"Proszę, Tess. Musisz walczyć. Jesteś Nefilim." - Will... Will. Will!

***

Jej powieki nagle się rozchyliły, a ona poczuła jakby trafił w nią piorun. I zaczęła powoli ruszać ramionami, potem jeszcze i jeszcze szybciej. Odepchnęła się z całej siły od dna i jak strzała zaczęła płynąc na powierzchnie. W głowie liczyła ile sekund jej zajmie do kolejnego oddechu.

Jeden... Dam radę.

Dwa... Będę wolna.

Trzy... Spotkam się z Nate'm i innymi.

Cztery... Wrócę do instytutu.

Pięć... Przeszkodzę Mortmainowi.

Sześć... ODDECH!

Gwałtownie wzięła oddech i resztkami sił dopłynęła do brzegu. Na czworaka wyszła z wody i opadła na śnieg. Zimno. Zimno. Zimno.

"Przeżyję" pomyślała i odkasłała resztkę wody. Łapała co chwilę oddech po trochu, ponieważ chłodne powietrze wcale nie pomagało na ból gardła.

Wstała, wciąż się chwiejąc. Objęła się rękami i nie czekając, aż zamarznie do szpiku kości, sztywno ruszyła. Starała się ruszać jak najbardziej energicznie. Byleby wydać z siebie odrobinkę potu. Odrobinkę ciepła. Co chwilę się przewracała, a chwilami chciała umrzeć, bo zimno raniło jej ciało jak ostrze. Ale zawsze wtedy starała sobie przypomnieć miłe wspomnienia lub, co zrobi kiedy już się spotka z innymi. Nigdy nie myślała "jeśli". Musiała się z nimi zobaczyć. Zobaczy się z nimi.

- Z-zobaczę ich... Willa zabiorę do biblioteki, w której byłam razem z ciocią... Jemowi kupię nowe skrzypce... Charlotte wezmę do Nowego Yorku i pokażę jej najpiękniejsze miejsca... Henryemu powiem, że jest najlepszym wynalazcą na świecie... Z Nate'm zacznę nowe życie, kiedy wszystko się skończy.... - mówiła na głos ostrym tonem, zupełnie jakby chciała się kłócić z losem i zimnem. - Nie umrę... mam naszyjnik... będę cierpieć, ale nie umrę!!!


Cóż... wakacje mi się zaczęły już 01.06, a kończą się jutro (12.08 wtorek) :((( Czas leci zdecydowanie za szybko! Tak czy inaczej zaczyna mi się druga klasa gimnazjum i jest najbardziej... wymagająca, tak to dobre określenie :D Ale póki nie będzie ciężko postaram się dodawać rozdziały tak jak było w umowie (Poniedziałek, środa, piątek, niedziela). Jeśli będę zmuszona wprowadzić jakieś zmiany lub inne ważne informacje, to oczywiście będę informować ;) Póki co, WAM życzę miłych i pogodnych wakacji bez demonów (chyba, że wasze hobby to jakieś polowanko) :D <3