niedziela, 18 października 2015

Rozdział 38

- Jesteś pewien, że to zadziała? - spytała po raz kolejny, wyglądając przez okno powozu.

- Tess... - zaczął Will, ściskając lekko jej dłoń. - kiedy Benedict i Konsul się dowiedzą o naszym małżeństwie, to nie będą mieli prawa cię wyrzucić.

- Chodzi mi o Noah.

- Pani Wetherby jest czarownicą, więc zapewni Konsula o tym, że dziecko nie jest niebezpieczne. Poprosimy również Magnusa, aby to potwierdził. Nie będą mieli wyboru, a Benedict Lightwood wymówek. - na koniec posłał jej jeszcze lekki uśmiech, który ona odwzajemniła.

- Ooo... - zajęczała Cecily, która wciąż trzymała śpiącego Noah na rękach. - wciąż nie mogę uwierzyć, że jesteście zaręczeni i weźmiecie ślub!

- Ja też nie. - przyznała Tessa z uśmiechem i nie kłamała. Wciąż nie mogła uwierzyć, że w tej chwili wraca do Instytutu, razem ze swoim przyszłym mężem. Jeszcze dzisiaj wszystko się nareszcie skończy, a ona i Noah będą bezpieczni. A już wkrótce przyjmie nowe nazwisko, które sprawi, że będzie miała nową rodzinę. Wszystko było jak spełnienie jej najskrytszych marzeń. Na tą myśl poczuła motylki w brzuchu, przez co mocniej ścisnęła dłoń Willa.

***

Powóz ledwo się zatrzymał, a drzwi już zostały gwałtownie otworzone przez Charlotte. Kobieta, widząc Tessę, złapała ją za nadgarstek niemal brutalnie wyciągając.

- Coś ty sobie myślała?! - Charlotte trzymała Tessę mocno za ramiona, mierząc jej ciało wzrokiem.

- Ja...

- Liczę, że mi to wyjaśnisz! Jak mog... - kobieta nie dokończyła, widząc na dłoni dziewczyny pierścionek. Ujęła jej dłoń, aby móc lepiej się mu przyjrzeć. Pozostali, którzy stali przy wejściu do Instytutu również się nieco przybliżyli.

Czując na sobie wzrok wszystkich, zarumieniła się.

- Cz-czy ty jesteś zaręczona? - spytała cichym głosem kobieta, patrząc na nią następnie szeroko wytrzeszczonymi oczami. Lecz zanim Tessa zdążyła jej odpowiedzieć, Will szybkim krokiem podszedł do niej, przejmując jej dłoń od Charlotte.

- Tak, ze mną. - oznajmił.

***

- Kiedy zamierzacie się pobrać? - spytała Charlotte.

Will i Tessa razem z Noah na rękach siedzieli na kanapie w biurze Charlotte. Kobieta widocznie wciąż nie mogła otrząsnąć się z szoku, ponieważ zaraz po wejściu do biura, nalała sobie pełny kieliszek wina, którym popijała co drugie słowo.

- Nie wiemy jeszcze, ale mamy nadzieję że wkrótce. - odpowiedziała Tessa. - Najpierw musimy załatwić sprawę z Benedictem.

- O nie - warknęła kobieta, gwałtownie odkładając pusty kieliszek. - tym razem, to ja to załatwię. Żaden drań nie będzie groził mojej rodzinie, a już na pewno nie tobie lub Noah. - oznajmiła.

- Ja też nie mogę tak tego zostawić. - wtrącił Will. - Grożono mojemu synowi i narzeczonej. Nie odpuszczę, do póki Benedict nie zostanie ukarany.

Narzeczona, narzeczona, narzeczona, pomyślała Tessa. Zawsze, kiedy tak o niej mówił, czuła motylki w brzuchu i miłe ciepło oblewające jej serce. Podobało jej się to określenie. Zastanawiała się jak będzie się czuła, gdy w końcu zamiast narzeczonej, Will będzie ją nazywał swoją żoną. Uśmiechnęła się lekko na samą myśl.

- Możecie iść. Jestem pewna, że pozostali już stoją za drzwiami, aby wam pogratulować. - uśmiechnęła się. - Ja też wam bardzo gratuluję. Naprawdę się cieszę.

Tessa odwzajemniła uśmiech, po czym wstała i razem ze swoim narzeczonym opuściła pomieszczenie. Tak jak mówiła Charlotte, za drzwiami byli pozostali, którzy złożyli im gratulacje. Jessamine i Cecily zaczęły zacięcie planować ślub, a mężczyźni omawiać wybór potraw i napitku.

Dopiero po głośnym obiedzie Sophie zaproponowała, że zajmie się dzieckiem. Tym czasem Tessa i Will mieli czas dla siebie, który spędzili na najwyższym balkonie budynku, z którego był idealny widok na Londyn.

Lekki, chłodny wiatr powiewał, niosąc ze sobą kolorowe liście.

- Wiedziałaś, że zaręczyny Nocnych Łowców polegają na wymienianiu się pierścieniami rodowymi?

- Nie. - przyznała i oderwała wzrok od krajobrazu, przenosząc go na chłopaka. - Dlaczego więc nie dałeś mi swojego? Za bardzo się do niego przywiązałeś? - zaśmiała się.

- Również, ale... pomyślałem, że zaręczyny w stylu przyziemnych będą bardziej romantyczne i piękniejsze.

- I nie myliłeś się. - potwierdziła, przyglądając się pierścionkowi. - Jest piękny, tak jak i naszyjnik. - dotknęła niebieskiego kamienia, spoczywającego na jej szyi. - Idealnie zastępuje mi mojego aniołka.

- I pięknie w nim wyglądasz, kochanie. - z lekkim uśmiechem pogładził jej policzek. Poczuła jak na jej twarz wpływa krwisty rumieniec.

- A teraz przyznaj się, kiedy kupiłeś pierścionek? - zmieniła temat.

- Dzień po tym, jak urodziłaś. Kupiłem go od Starej Molly.

- Od kogo? - zmarszczyła brwi.

- Stara Molly to pewien duch, jeden z najsilniejszych. Nie raz sprzedawała mi cenne przedmioty, mające swoją historię. Na przykład, twój pierścionek należał do pewnej brytyjskiej księżniczki.

- Skąd Molly go miała? - wciąż mając zmarszczone brwi, przyjrzała się pierścionkowi.

- Nie może wychodzić po za cmentarz, więc kradnie różne rzeczy z trumien pod ziemią i tym handluje.

- Och... - wymsknęło się jej. - Więc on jest... skradziony?

- Użyłbym na to określenia "przeznaczony innej osobie". Uwierz mi, jestem pewien, że księżniczka nie byłaby na ciebie zła. O ile się nie przesłyszałem, Stara Molly wspominała o tym, że ta dziewczyna miała wyjątkowo... odrażającą urodę.

- Och...

Wiem, że rozdział (znowu) krótki, ale nie było mnie dzisiaj przez dłuższą część dnia w domu. Mam nadzieję, że doczekacie do wtorku. Wtedy pojawi się next, który postaram się, aby był dłuższy :***

piątek, 16 października 2015

Rozdział 37

Wieczorem, gdy Will po całym dniu wyszedł w końcu z jej pokoju, a Noah zasnął w swej kołysce, zaczęła się pakować. Otworzyła dużą walizkę na łóżku, wkładając do niej dwie zapasowe suknie, parę butów, perfum, który przywiozła ze sobą do Instytutu, książkę od Willa i szczotkę. Miała jeszcze trochę miejsca, więc dołożyła dwa koce i kilka małych ubranek dla Noah, które podarowała jej Pani Wetherby.

Pakowanie zajęło jej sporo czasu i kiedy je ukończyła, była już druga w nocy. Mimo to, nie chciało jej się spać. Dlatego też po prostu ubrała się już w sukienkę na podróż. Włosy zostawiła rozpuszczone, a makijaż zrobiła delikatny. Kiedy usiadła przed toaletką, zrozumiała, że czegoś brakuje, ale nie wiedziała czego. Dopiero po dłuższej chwili wpatrywania się w siebie, zauważyła leżące przed nią pudełeczko. Przełknęła ślinę i przesunęła je po toaletce tak, aby stało tuż przed nią. Następnie zaczęła odchylać pokrywkę pudełeczka, po chwili ukazując jego zawartość. Naszyjnik, który dostała od Willa na urodziny. Niebieski diament co chwilę zmieniał swą barwę z powodu tańczącego światła świecy obok. Zupełnie jak oczy Willa tamtej cudownej nocy, która była jedną z najpiękniejszych w jej życiu.

Na tamto wspomnienie, lekki uśmiech zagościł na jej twarzy. Wiedziała, że choć zamknie rozdział Świata Cieni w swoim życiu, to tamta chwila zawsze będzie jej częścią.

***

Obudził go dźwięk rżenia koni z dworu. Poruszył się niespokojnie i spojrzał w stronę otwartego okna. Ziewnął, wstając i podchodząc do okna. Już po przekręceniu klamki było ciszej. Zadowolony z nagłej ciszy, ponownie skierował się do łóżka, kiedy zobaczył kartkę, wystającą z pod jego drzwi. Ze zmarszczonymi brwiami po nią sięgną i rozłożył.

Myślę, że to, co było pomiędzy nami... nie było prawdziwe, lecz tylko chwilowe. Ale ponieważ, to co zaszło pomiędzy nami miało konsekwencje, ja je przyjmę na własne barki. Wychowam dziecko sama. Z dala od tego magicznego świata, w którym jest samo cierpienie.

Przykro mi
Tessa


Stojąc nieruchomo, niczym posąg, upuścił kartkę. Chyba jeszcze nigdy nie czuł tak ogromnego bólu, jak teraz. Nie wiedział najpierw jak zareagować: wściekłością, smutkiem, rozczarowaniem...

Ponownie podniósł list, czytając go po raz kolejny, aż zrozumiał, że to nie może być prawda. Tessa go kocha, tak samo jak on ją. Ona musiała kłamać. Ktoś ją do tego zmusił. Z zaciśniętymi zębami, zgniótł kartkę, następnie cisnąc nią o podłogę.

Wybiegł z pokoju niczym burza, kierując się biegiem do jej pokoju. Wpadł do pomieszczenia, o mało nie upadając. Złapał równowagę, zaczynając się rozglądać. Wszystko było niemal take same jak wczoraj wieczorem. Rzeczy na swoim miejscu, nawet jej suknie, gdy otworzył szafę. Brakowało tylko walizki, która zawsze leżała na szafie u góry.

Złapał się za włosy, klnąc pod nosem co drugie słowo. Miał ochotę się rozpłakać. Wmawiał sobie, że to tylko zły sen, a on zaraz znów się obudzi obok Tessy i ich syna. Ale nie, to była okropna rzeczywistość. Złapał się za klatkę piersiową, czując ból w sercu, na myśl, że już nigdy nie zobaczy Tessy i swojego synka, których kochał, kocha i będzie kochał już zawsze ponad wszystko.

Nie mógł pozwoli im odejść. Z zaciśniętymi zębami zaczął przeszukiwać wszystkie kąty pomieszczenia z nadzieją, że znajdzie jakąś wskazówkę. Zajrzał pod łóżko, kołdrę, nawet do wanny i szafy. Dopiero, kiedy zajrzał do śmietnika, znalazł trzy części małej kartki. Ułożył je tak, aby tworzyły całość listu... od Benedicta Lightwooda do Tessy.

- Zabiję Sukin**a!

***

- Wezmę Pani bagaż. - zaoferował jeden mężczyzna z załogi statku, gdy Tessa była już nie daleko wejścia na statek.

- Dziękuję, ale naprawdę poradzę sobie sama. - wymusiła uśmiech, bardziej przytulając dziecko do siebie.

Mężczyzna jedynie się lekko ukłonił i odszedł. Tessa odetchnęła z ulgą, nareszcie pozbywając się natrętnego marynarza. Przełknęła ślinę i odchyliła lekko głowę, aby objąć wzrokiem cały wygląd ogromnego statku, którym miała popłynąć do Nowego Jorku i zacząć nowe życie. Kiedy tylko wejdzie na deskę, prowadzącą do wejścia maszyny, wszystko się zmieni: jej życie, jej świat, jej syn, a przede wszystkim ona sama.

Serce jej biło jak oszalałe. Bała się. Bała się przyszłości. Bo tylko fizycznie ucieknie od Świata Cieni, ale wspomnienia i myśli zostaną już na zawsze z nią i staną się niej. Na przykład, ważne dla niej osoby, jak Charlotte, Jem, Nate lub Will. Na samą myśl o nich, poczuła mdłości.

Mocniej zacisnęła palce wokół uchwytu walizki.

- Proszę wsiadać! - krzyczał jeden z marynarzy, poganiając resztę ociągających się do tej pory pasażerów, którzy teraz podpędzili kroku. Już po kilku minutach dookoła było niemal pusto, i przed nią wsiadało zaledwie kilka osób. W końcu została już tylko ona. Starając się hamować łzy, zrobiła krok...

- Tesso, nie! - usłyszała za sobą krzyk. Odwróciła się, dysząc jak po ciężkim biegu. Lecz zanim zdążyła cokolwiek zobaczyć, on już rzucił się jej na szyję. Poczuła jego ciepło i zapach i jego otaczające ją ramiona, w których zawsze miała poczucie bezpieczeństwa. Ale zamiast się tym rozkoszować, odsunęła się i wykrztusiła z niedowierzaniem:

- Will?

- Jak mogłaś to zrobić?! - podniósł na nią głos, zaciskając dłonie na jej ramionach i lekko nią potrząsając. Starała się wyrwać, ze względu na dziecko... które po chwili wzięła od niej Cecily. Chciała zaprotestować, ale Will jej przerwał, zanim zdążyła wypowiedzieć choćby słowo. Upuściła walizkę na ziemię.

- Puść mnie! - warknęła, czując jak jego palce boleśnie wbijają się w jej skórę.

- Nie! Nigdzie nie pojedziesz, rozumiesz?! - podniósł głos, ale tak, że tylko ona mogła usłyszeć co mówi. - Ta pani nie jedzie! - tym razem zwrócił się do jednego z marynarzy, który kiwnął głową i dał znak pozostałej załodze. Wejście na statek zostało zamknięte, tak jak i cała szansa na jej ucieczkę. 

- Nie możesz mi rozkazywać! - teraz to ona krzyknęła, choć wiedziała, że to beznadziejna wymówka.

- Ależ mogę i to zrobię! Wracasz do Instytutu i nigdzie nie pojedziesz, choćbym miał cię zamknąć w wieży i przywiązać do siłą do łóżka! - zagroził, zaczynając ją ciągnąć za ramię w stronę powozu. Próbowała, starała się uwolnić, ale jej to nie wychodziło.

- Jeżeli to zrobisz, nasze dziecko umrze!

Poskutkowało. Zatrzymał się i spojrzał na nią z niedowierzaniem.

- O czym ty mówisz?

- Nie miałam wyboru, rozumiesz?! Benedict zagroził mi, że jeżeli nie wyjadę, to powie Konsulowi, że nasze dziecko jest niebezpieczne, i że je zabije! I teraz tak się stanie! Nigdy ci tego nie wybaczę! - zaczęła go szarpać za marynarkę tak mocno, że w końcu musiał unieruchomić jej nadgarstki. Nie próbowała się już opierać. Tama puściła, wybuchła płaczem, którego nie potrafiła powstrzymać.

W pewnym momencie została przyciągnięta do jego ciała, czując jak dłoń chłopaka, zaczyna gładzić kojąco jej włosy.

- Dlaczego mi nie powiedziałaś? Przecież, to również mój syn.

- Powiedział, że możesz wybrać, ale jeżeli wybierzesz jechanie ze mną, to będziesz musiał się wyrzec bycia Nefilim. Nie mogłam na to pozwolić.

- Tess... - westchnął i odsunął ją nieco od siebie, aby móc ująć jej twarz w swoje dłonie. - owszem, bycie Nocnym Łowcą, to moje życie, ale ty i Noah, jesteście dla mnie zawsze na pierwszym miejscu, a także Jem.

- No właśnie, Jem też. Nie mógłbyś go opuścić, dlatego uznałam, że znienawidzenie mnie będzie najprostszym wyjściem. - wyszlochała, kiedy jego kciuki ścierały łzy z jej policzków.

- Nigdy nie mógłbym cię znienawidzić, nawet gdybym chciał. - szepnął, patrząc na nią z ogromną troską i czułością. - Kiedy ty w końcu pojmiesz, że cię kocham? Nie mogę bez ciebie żyć, a Noah... jest najlepszym dowodem na to, co do siebie czujemy.

- Teraz, to już nie ma znaczenia. - odpowiedziała mu, odsuwając się od niego o kilka, chwiejnych kroków. - Teraz to już koniec. Benedict lada chwila dowie się o tym, co się tutaj stało, a wtedy... - nie przeszło jej to przez gardło. Zaczęła łapczywie nabierać powietrza, byleby znowu nie wybuchnąć płaczem, który odbierał jej zdolności mówienia i oddychania.

- Nie, Tess... - zaczął Will z lekką paniką i znów do niej podszedł, łapiąc ją za ramiona. - nie pozwolę na to, nikt nie pozwoli. Noah będzie żył, a my będziemy go wychowywać... razem, obiecuję.

Jego słowa były pełne miłości, ale i strachu. Wiedziała, że stara się ją tylko uspokoić, choć wiedział, że nie da rady spełnić tego co jej obiecał.

- Przestań mi składać obietnice, których w głębi serca wiesz, że nie dasz rady dotrzymać. - to było niemal jak rozkaz. - Później będę jeszcze bardziej cierpieć.

- Skąd wiesz, że nie dam rady dotrzymać tej obietnicy? - spytał.

- A dasz?

Zobaczyła, że Will się zastanawia się przed dłuższą chwilę. Jego oczy były niemo wpatrzone w jej oczy, ale w końcu zamrugał kilka razy i jeszcze bardziej rozszerzył powieki. Chciała zapytać o co chodzi, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, on ujął jej dłoń, klękając następnie na prawe kolano.

- Wyjdź za mnie. Zostań moją żoną, przyjmij nazwisko "Herondale" i zostań ze mną do końca życia. Będziemy razem wychowywać naszego syna, tworząc rodzinę. Przysięgam, że już nigdy nie spotka cię żadne cierpienie ani niebezpieczeństwo. Od kiedy cię poznałem, nie mogę oderwać od ciebie wzroku, bo boję się, że cię stracę. Mijają dni i miesiące, a ja wciąż pragnę Cię więcej i więcej. Kocham Cię, Thereso i zawsze będę. Czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją przyszłą żoną?

Łza spłynęła po jej policzku, gdy wyczuła ile miłości mają wypowiedziane przez niego słowa i ile zawiera jej jego oczy. Lecz wtedy zrobił coś, co w ogóle sprawiło, że musiała aż przyłożyć dłoń do ust. Chłopak wyciągnął wolną dłonią z kieszeni jasno złoty pierścionek pierścionek z szafirowym oczkiem i dwiema mniejszymi cyrkoniami po bokach. Był przepiękny.

Tessa spojrzała przed siebie, widząc dalej obok powozu Cecily, która kiwała do niej głową, bezgłośnie wypowiadając "Powiedz tak".

Z lekkim uśmiechem wróciła wzrokiem do oczu Willa, w których dostrzegła miłość i strach. Wiedziała, co odpowiedzieć. Całe jej ciało, umysł i serce wiedziało. Bo tego właśnie pragnęła.

Wzięła głęboki oddech i odpowiedziała jednym słowem, które miało wpływ na całą jej przyszłość. Odpowiedziała:

- Tak.

Will słysząc to słowo, uśmiechnął się szeroko i włożył pierścionek na jej palec serdeczny u lewej dłoni.* Po czym wstał i złapał ją w talii, unosząc i obracając się z nią wokół własnej osi. Poczuła niesamowite motylki w brzuchu i radość, która zaczęła ją wypełniać, gdy chłopak po odstawieniu ją na ziemię, przyłożył dłoń do jej policzka i namiętnie pocałował ją w usta.

To jak się czuła, nie potrafiła wyrazić słowami, ani nawet myślami. Tylko Bóg w tamtej chwili potrafił ją zrozumieć.








W Wielkiej Brytanii pierścionek zaręczynowy nosi się na lewej dłoni*
PS. POLECAM  TEGO  BLOGA O DA!!!

wtorek, 13 października 2015

Rozdział 36

Charlotte, przeglądając listy natknęła się na dość grubą kopertę, która o dziwo była zaadresowana do Tessy. Ze zmarszczonymi brwiami wzięła ją do ręki wstała, kierując się do pokoju dziewczyny.

Zapukała cicho do drzwi, ale nikt nie otworzył. Powoli więc nacisnęła klamkę i uchyliła drzwi. Zaczęła się rozglądać, aż w końcu jej wzrok zatrzymał się na łóżku, na którym spała Tessa i Will, a pomiędzy nimi - Noah. Co prawda niemowlę już nie spało, ale obserwowało cicho wszystko dookoła.

Był to tak słodki widok, że nie potrafiła powstrzymać uśmiechu. Nie chcąc im przeszkadzać, cicho podeszła do toaletki i zostawiła na niej list. Następnie wyszła, cicho zamykając drzwi.

Idąc do swojego biura, wciąż nie mogła uwierzyć, że Will został ojcem, a Tessa matką. Czuła się strasznie dziwnie. Czuła małe ukłucie bólu w sercu. Ale nie była pewna dlaczego...

Dopiero po chwili w jej środku pojawiła się odpowiedź.

Bo oni zostali rodzicami szybciej niż ty, podpowiedziało jej sumienie. Przełknęła ślinę i potrząsnęła głową, starając się odpędzić złośliwą myśl, zastępując ją nową: chciała się cieszyć ich szczęściem. Teraz oni należeli do rodziny, tworząc własną.

***

Trzymając się kurczowo barierki schodów, powoli i cicho schodziła po każdym schodku, wsłuchując się w coraz wyraźniejszy, płaczliwy głos mamy, która śpiewała - jak co wieczór tą samą - piosenkę. Kiedy mogła dostrzec salon i mamę bujającą się lekko na fotelu przed kominkiem, usiadła na schodach, opierając głowę o barierkę. Wpatrywała się w kobietę, czując jak i do jej oczów napływają łzy. Cichutka melodia, śpiewana łagodnym, aczkolwiek, pełnym smutku głosem, niemal usypiała Tessę do snu. Ale nie chciała zasnąć. Chciała dalej słuchać...

Obudziła się, gwałtownie unosząc głowę. Dopiero po kilku sekundach, kiedy ciepłe łzy spłynęły po jej policzkach,  zrozumiała, że znajduje się znów w swoim pokoju w Instytucie. Obok niej leżał Noah i wpatrywał się w nią swoimi dużymi oczami. A obok chłopczyka leżał Will, który również się już obudził, przecierając dłonią oczy.

- Co ci się śniło, Tess? - spytał cicho, po czym ziewnął.

- Nic ważnego... Nie ważne. - skłamała, z powrotem kładąc głowę na poduszce. Przyłożyła dłoń do ciepłego czoła, ścierając pot.

- Na pewno?

- Tak, Will. - posłała mu lekki uśmiech, i chcąc zmienić temat, przeniosła wzrok na niemowlę, które obserwowało ich krótką rozmowę z niesamowitą ciekawością. - Hej, maleńki. - szepnęła, całując jego małą główkę.

- I kiedy ty w końcu zaczniesz chodzić? - mruknął Will, palcem gładząc pulchny policzek dziecka.

- Najwcześniej za półtora roku. - odpowiedziała z uśmiechem.

- Dopiero?!

- Jesteś strasznie niecierpliwy. Miejmy nadzieję, że on taki nie jest. - zaśmiała się, pozwalając dziecięcej rączce zacisnąć się wokół jej palca.

- Nie jestem niecierpliwy, po prostu... AAA! - syknął wyrywając swój palec z ust dziecka. - Jak na kilkudniowe niemowlę, to ma niesamowicie mocny i stanowczy zgryz.

Tessa parsknęła śmiechem i wstała, siadając następnie przed toaletką. Właśnie chciała sięgnąć po szczotkę, kiedy dostrzegła przed sobą list. Uśmiech z jej twarzy zgasł, zaś zastąpiła go niepewna mina. Drżącymi rękami wzięła list i otworzyła grubawą kopertę. Zajrzała do niej i zobaczyła ogromną sumę pieniędzy, bilet,  a także liścik. Sięgnęła po niego i przeczytała.

Statek do Nowego Jorku odpływa 18 listopada o godzinie 10:00. Bilet pierwszej klasy został już zapłacony. Liczę iż już się Pani spakowała.

Z uszanowaniem,
Benedict Lightwood

Przełknęła ślinę.

To już jutro, pomyślała.

To jutro miała stąd zniknąć i już raz na zawsze zamknąć rozdział Świata Cieni w swoim życiu. A także miała dopilnować, a by Noah się o nim nigdy nie dowiedział... nawet o swoim prawdziwym ojcu.

Serce jej pękało na tą myśl, ale to była prawda. Włożyła liścik z powrotem do koperty, a kopertę do jednej z szufladek toaletki. Spojrzała w lustro, w którym odbiciu zobaczyła, jak za nią, Will bawi się ze swoim synem... którego jutro miała mu go odebrać i odejść...

- Na zawsze. - dokończyła niemo wypowiadając słowa.

I know, że rozdział krótki i taki se, ale naprawdę niezbyt mam dzisiaj czasu z powodu gości ;(( Ale jutro już mam ferie i obiecałam ( no może nie obiecałam ), że postaram się wstawić kolejny rozdział na bloga o DA. Mimo iż mówiłam, że dodam go dopiero po zakończeniu obecnego, to jednak nie mogę się powstrzymać, kiedy zobaczyłam tyle wyświetleń :D

niedziela, 11 października 2015

Rozdział 35

Kolejny głośny krzyk rozległ się po całym instytucie.

- Ile to jeszcze będzie trwało?! - a Will po raz kolejny zadał to samo pytanie, krzycząc i chodząc nerwowo w tę i we w tę.

- Minęła godzina, Will. A o ile się nie mylę, to poród może trwać nawet i kilkanaście godzin. - wytłumaczył Jem.

- Co?! - brunet złapał się za głowę i osunął się po ścianie, siadając na podłodze tak jak jego parabatai, Gabriel, Gideon i Henry.

Kiedy tylko Sophie poinformowała ich o tym, że poród się zaczął, ten chciał iść do dziewczyny, ale wyleciał z jej pokoju równie szybko, jak się w nim pojawił. Z Tessą zostały jedynie Charlotte, Sophie, Cecily i pani Wetherby, która przyjechała najszybciej jak potrafiła.

Kolejny krzyk.

- Jessamine, błagam cię, idź do pokoju Tessy i o nią zapytaj, bo ja już nie daję rady. - zajęczał brunet.

Dziewczyna bez słowa odsunęła od okna, przez które do tej pory wyglądała. Skierowała się najspokojniej w świecie do pokoju, z którego dobiegały krzyki.

Po kilku minutach blondynka wyszła i podeszła powoli do Willa ze współczującą miną.

- Charlotte powiedziała, że wszystko może potrwać dłużej niż każdy mógłby się spodziewać. - wytłumaczyła i odeszła w głąb korytarza, zostawiając Willa z walącym do bólu sercem.

Ledwo co nad sobą panował. Miał ochotę wstać i iść do pokoju ukochanej, której krzyk znów się rozległ. Krzyk bólu, cierpienia i męki. Tak bardzo chciał się przy niej znaleźć i jej jakość pomóc. Gdyby tylko mógł wziąć na siebie część jej bólu. Ale niestety musiał, to znosić i będzie musiał dalej... przez następne, długie godziny. I jednak najgorsze w tym wszystkim, było czekanie.






19 godzin później...

To nie możliwe.

Kolejny krzyk...

To nie może być prawda.

Kolejny krzyk...

To trwa wieczność.

Kolejny krzyk...

Nie.Dam.Rady

Cisza.

Błagam, Tess, powiedz, że to już koniec.

Cisza.

Błagam.

Cisza.

Błag...

Zanim zdołał dokończyć kolejną myśl, przerwał mu kolejny krzyk, ale już nie Tessy... lecz dziecka.



- Will. - ocknął go głos Cecily.

Oderwał z trudem głowę od podciągniętych kolan. Rozmasował obolały kark, odchylając powoli głowę. Przymrużył nieco oczy, mając wrażenie, że od światła księżyca, które wpadało przez okna do instytutu, zaraz oślepnie. Zobaczył kobiecą sylwetkę, a kiedy ostrość powróciła do normalności, ujrzał twarz Cecily, która kucnęła, wpatrując się w niego z troską i lekkim uśmiechem na twarzy. Swoją błękitną suknie miała poplamioną krwią, którą teraz również ścierała z dłoni za pomocą ręcznika.

- To koniec. - oznajmiła, stając ponownie na równe nogi.

- Co? - wyrwało się z jego ust. Chwiejąc się również się podniósł. Czuł na twarz zaschnięte łzy, które ukrywał, spuszczając głowę. W ustach miał dziwny metaliczny posmak krwi. Prawdopodobnie od ciągłego przygryzania wnętrza policzka. Czuł na głowie, w jak dużym nieładzie są jego włosy, dlatego placami zaczesał je do tyłu, z nadzieją, że nie będą wyglądać, aż tak, jakby strzelił w nie piorun.

- Już po wszystkim. - wyjaśniła, a Will dostrzegł pod jej oczami cienie ze zmęczenia.

- Już po wszystkim. - powtórzył zamroczony, wciąż nie mogąc uwierzyć w znaczenie słów.

- Gratuluję, Will... masz syna. - uśmiechnęła się szerzej.

- Mam syna. - powtórzył po raz kolejny tym samym tonem. Dopiero po chwili dostał takiego uczucia, jakby dostał parę, ogromnych skrzydeł. - Mam syna! - tym razem krzyknął, przytulając do siebie Cecily, którą po chwili uniósł w powietrze. Ona też krzyknęła z zaskoczenia. - Chcę ich zobaczyć. - oznajmił i nadal się chwiejąc, ruszył w stronę pokoju Tessy, lecz nagle brunetka go zatrzymała, stając mu na drodze i przykładając dłonie do jego klatki piersiowej.

- Stój! Nie możesz tam teraz wejść.

- Jak to? - zmarszczył brwi.

- Tessa była tak wykończona, że zasnęła dosłownie kilka sekund po urodzeniu dziecka. Musimy się nią zając. Dziecko też potrzebuje chwili. Musimy sprawdzić czy jest zdrowe.

- Ile to potrwa? - spytał zniecierpliwiony, zerkając na drzwi, które aż same się prosiły, aby je otworzyć.

- Obydwoje muszą odpocząć. Wiem, że długo czekałeś i również ci było ciężko, ale musisz jeszcze wytrzymać kilka godzin.

- A potem ich zobaczę? - upewnił się.

- Przysięgam Na Anioła. - uniosła prawą dłoń. - A teraz idź się połóż i prześpij, bo wyglądasz koszmarnie. Pozostali też się poszli położyć, tylko ja, Charlotte, Sophie i Pani Wetherby jesteśmy nadal na nogach.

Cecily widząc jeszcze niepewną minę Willa, dodała:

- Ona i dziecko są w dobrych rękach. Zajmiemy się nimi najlepiej na świecie. Obiecuję.

Chłopak zerknął raz jeszcze na drzwi, po czym mniej się chwiejąc, skierował się do własnego pokoju. Rzucił się na łóżko, nie mając siły nawet zdjąć butów.

Zasypiając, wciąż miał wrażenie, że to tylko sen, a on zaraz się ocknie wciąż siedząc na korytarzu i wciąż słuchając krzyków Tessy. Ale nie... to była rzeczywistość. Naprawdę było już po wszystkim. Kilka chwil temu, został ojcem... ojcem żywego, niewinnego dziecka.

Jedna jego część nie widziała siebie w roli ojca, ale druga już planowała przyszłość: tylko on, Tessa i ich syn, którego razem będą wychowywać na wspaniałego Nefilim.

Zanim zasnął, na jego twarzy pojawił się uśmiech.

***

Obudziły go promienie słońca, wpadające do jego pokoju. Padły tuż na jego twarz, oślepiając go. Niechętnie otworzył oczy i przewrócił się na drugi bok. Dopiero po kilkunastu sekundach dotarło do niego, co się stało wczoraj w nocy.

Gwałtownie się podniósł, szeroko otwierając oczy i patrząc na zegarek. 12:13. Minęło ponad osiem godzin, od kiedy zasnął. A to było o wiele więcej niż kilka godzin.

Stanął na równe nogi, szybko się rozbierając i wchodząc do zimnej wody w wannie. Od razu się orzeźwił. Po wysuszeniu się, ubrał swoje czarne spodnie, jasną koszule, czarną kamizelkę i buty. Szybko przeczesał włosy palcami, po czym wyskoczył na korytarz, drzwiami potrącając przechodzącą z koszem na pranie Sophie. Gdyby nie Gideon, idący obok niej, dziewczyna upadłaby boleśnie na podłogę. Chłopak ją złapał w ostatniej chwili. Sophie mruknęła ciche "dziękuję", nastęnie prostując się i poprawiając przekrzywiony czepek.

- No wie pan co, paniczu Will?! Rozumiem, że się Pan wyspał, ale...

- Wybacz, Sophie, ale czy już mogę wejść do Tessy?

- Jest teraz u niej Benedict Lightwood, więc nie powinien Pan teraz tam... - nie zdążyła dokończyć, gdyż Will pełny furii pobiegł w stronę pokoju dziewczyny.

***

Nie pukając, wpadł do pomieszczenia niczym burza, w środku zastając siedzącego na krześle toaletki Benedicta i leżącą pod kołdrą Tessę... z małym zawiniątkiem na rękach.

Spojrzenia obydwu przeniosły się na Willa, który jedynie spojrzał na Tessę. Była bladsza niż zazwyczaj, a na jej policzkach widniały dosłownie małe rumieńce. Jej włosy zostały starannie rozczesane, a pasma po bokach spięte do tyłu. Była bez makijażu, a na jej twarzy widocznie dało się jeszcze dostrzec pewnego stopnia zmęczenie, ale mimo to... według Willa była wciąż tak samo piękna, jak za każdym razem gdy ją widział.

Posłała mu lekki uśmiech, obejmując tym również oczy. Brunet odwzajemnił uśmiech, czując jak jego serce przyśpiesza z każdą sekundą, w której na nią patrzył.

- Ehem... - odchrząknął Benedict, wstając. - jestem pewien, że podejmie Pani rozsądną decyzję. A teraz żegnam. Jeszcze raz gratulację. - posłał im obojgu sztuczny uśmiech, po czym wyszedł, trzaskając drzwiami.

Tessa i Will wciąż patrzyli sobie w oczy z lekkim uśmiechem na twarzy. Musiało minąć dwadzieścia sekund, zanim chłopak szybkim krokiem podszedł do ukochanej, siadając na brzegu łóżka i nachylając się, aby złożyć na jej miękkich ustach namiętny pocałunek pełen miłości.

Bez wahania oddała pocałunek, przez co zbliżył się jeszcze bardziej.

- Uważaj. - szepnęła, lekko odpychając go ręką. Marszcząc lekko brwi odsunął się nieco, obserwując uważnie jak Tessa przysuwa bliżej zawiniątko. Lekko odchyliła materiał, ukazując małą, śpiącą twarzyczkę. Na główce dało się dostrzec brązowe, miękkie, proste włoski.

Tessa widząc oszołomioną minę Willa, z rozbawieniem, podała mu ostrożnie i powoli niemowlę. Brunet automatycznie wyciągnął ręce, z lekkim strachem biorąc je do siebie. Było tak maleńkie, że główka dziecka miała wokół siebie dużo przestrzeni na dłoni Willa. Nieruchomo je trzymał, wpatrując się w twarzyczkę, która już po chwili rozpromieniła się w uśmiechu.

Obydwoje parsknęli śmiechem.

- Musimy zdecydować, jak damy mu na imię. - odezwała się Tessa, wciąż z uśmiechem na twarzy.

Will ponownie spojrzał na twarz dziecka, badając ją.

- Żadne ze wcześniejszych jakie proponowaliśmy, nie pasuje. - westchnął.

- Masz racje. - kiwnęła głową.

Cisza. Cisza. Cisza.

- Noah
- Noah

Powiedzieli w tym samym czasie i razem się zaśmiali.

- Będziesz wspaniałym Nocnym Łowcą, Noah. - szepnął, Will, całując niemowlę czoło, po czym podał je Tessie. Dziewczyna wzięła dziecko z powrotem do siebie. Brunet przysunął się bliżej ich obojga.

- Czego chciał od ciebie Benedict? - spytał po dłuższej chwili, gdy razem patrzyli uważnie na twarz niemowlęcia. Poczuł jak mięśnie dziewczyny się naprężają, a ona przełyka ślinę.

- Nic... po prostu uznał, że dziecko nie będzie niebezpieczne. Powiadomi o tym Konsula.

- Ale wspominał coś o jakieś decyzji, którą masz podjąć. O co mu chodziło?

- O nic. - odpowiedziała szybko.

- Tess... - zaczął nieco rozdrażniony, ale przerwało mu nagłe wtargnięcie Cecily i Charlotte do pokoju. Brunetka widząc ich razem wydała z siebie cichy dźwięk "Ooooo" i zrobiła słodką minę. Kobieta jej zawtórowała.

- Tak słodko razem wyglądacie. Szkoda, że nie mam aparatu lub nie potrafię malować. Uwieczniłabym tą chwilę. - uśmiechnęła się, splatając ręce.
Charlotte podeszła do brzegu łóżka i nachyliła się nad Tessą i niemowlęciem, które otworzyło swoje duże oczka, ukazując ich niebieską niczym ocean barwę. Tessa przytuliła dziecko bardziej do siebie, całując je następnie delikatnie w główkę.

- Ma twoje oczy, Will. - uśmiechnęła się Charlotte. Cecily też podeszła bliżej, aby móc lepiej widzieć.

- Jest przesłodki. - powiedziała z uśmiechem. - Wiem, że Nocni Łowcy pewnie nie mają czegoś takiego jak "chrzestni", ale ja chcę zostać jego matką chrzestną i koniec kropka.


Przepraszam, że nie dodałam ostatnio rozdziału, ale nie miałam czasu ;(( Ale mam dobrą wiadomości: od środy do niedzieli mam ferie, więc rozdziały mogą mi wypaść dłuższe ;)
Kolejna sprawa, to oglądaliście już fragmenty pierwszego odcinka "Shadowhunters"??? Jeżeli nie to szybko obejrzyjcie KLIK. I wciąż was zapraszam na stronę "Shadowhunters Polska", gdzie jak już mówiłam, znajdziecie nowości i ciekawostki z serialu!

wtorek, 6 października 2015

Rozdział 34

- Tess, czemu płaczesz? - spytał już po raz drugi, kiedy jej łzy wciąż wsiąkały w jego kamizelkę. Ale ona po raz kolejny nie wiedziała co odpowiedzieć. Nie mogła mu powiedzieć o propozycji Lightwooda, a żadna wymówka nie przychodziła jej w tamtej chwili do głowy.

- A możesz nam o tym w ogóle powiedzieć? - tym razem to był Jem, który podszedł do nich razem z Cecily.

Tessa nie miała zbyt wielkiego wyboru, więc musiała odpowiedzieć zgodnie z prawdą.

- Nie, nie mogę. - wyszeptała, odsuwając się od chłopaka. - Po prostu... - zaczęła i odwróciła się, aby dłonią przejechać po gładkiej, drewnianej kołysce. - nie mogę.

- Wiesz jak milczenie skończyło się ostatnim razem. - przypomniał Will.

- Wiem i nigdy o tym nie zapomnę, ale teraz... teraz to co innego.

- Widzę w twoich oczach ból i strach, Tesso. - Cecily stanęła przed nią i współczująco na nią spojrzała. - Obawiasz się czegoś? Ktoś ci groził?

Tessa musiała spuścić wzrok, bo wzrok dziewczyny naciskał na nią z niesamowitą siłą. Naprawdę miała ochotę się komuś zwierzyć, ale nie mogła. Musiała tym razem sobie poradzić sama i dotrzymać sekretu do końca, tak jak to było zanim została porwana przez Mortmaina. Musiała zachować w sekrecie jej rozmowę z Benedictem i wiadomość, że jej życie się zmieni chwilę po wydaniu na świat dziecka.

- Jestem zmęczona. - powiedziała w końcu.

- A więc ktoś ci groził. - stwierdził Will.

- Nie, nic takiego nie powiedziałam! - podniosła głos, spoglądając na niego.

- Kto to był? Jessamine, Konsul, Inkwizytor, a może Benedict?

- Nie, nie, nie i nie!

- Więc kto? - zanim zdążyła cokolwiek zrobić, ten stanął tuż przed nią i ujął jej twarz, siłą odchylając jej głowę tak, że musiała na niego spojrzeć. Wpatrywała się w jego oczy, widząc w nich złość i zmartwienie. Były niczym hipnoza, która kazała jej mu wyznać prawdę. Otworzyła usta i już miała mu powiedzieć prawdę, kiedy jednak udało jej się przezwyciężyć sumienie.

- Jestem. Zmęczona. - odpowiedziała Tessa cicho, przez zaciśnięte zęby, po czym odepchnęła od siebie chłopaka, wzdychając poirytowana. Brunet popatrzył na nią z niedowierzaniem i zrobił krok w jej stronę, ale Jem go zatrzymał.

- Daj jej spokój, wiesz, że nic nie powie. - blondyn wyszedł razem ze swoim parabatai. Cecil jedynie posłała Tessie współczujące spojrzenie, po czym sama udała się za chłopcami, zamykając za sobą drzwi.

Tessa opadła na łóżko, trzymając się za brzuch. Schowała twarz w dłoniach, czując okropne uczucie w żołądku. Nie mogła znieść myśli, że Will może być na nią zły, ale po części może będzie mu teraz łatwiej ją znienawidzić. Oto teraz chodziło i nie liczyło się teraz to, co ona czuła.

Wzięła głęboki oddech i otarła łzy. Położyła się na boku, wtulając policzek w poduszkę. Zamknęła oczy i nie wiedząc kiedy, zasnęła.

***

Sophie obudziła ją na porę obiadową. Niestety Tessa po przebudzeniu się zaczęła odczuwać tak duże skurcze, że nie miała najmniejszej ochoty wstawać z łóżka. Dlatego też przebrała się jedynie w piżamę i zjadła całe jedzenie, jakie Sophie przyniosła jej na tacy do łóżka. Wszystko musiała popijać okropnymi ziółkami, które przysłała pani Wetherby, i od których cofał jej się żołądek.

***

- Coś jest nie tak! - krzyknął Will po raz kolejny, chodząc w tę i we w tę po gabinecie Charlotte. Kobieta podpisała kolejny dokument i spojrzała obojętnie na chłopaka.

- Może mieć wahania nastroju. To normalne dla kobiet spodziewających się dziecka.

- Ale ona się boi! To widać! Podobnie się zachowywała dzień przed tym, gdy porwał ją Mortmain!

- Co nie znaczy, że ktoś musiał jej grozić.

- Ale...

- Will! - warknęła, wstając. - Siadaj!

Chłopak zajął miejsce na jednym z foteli. Charlotte usiadła na przeciwko niego i zacisnęła usta.

- Postaw się na jej miejscu. Jak myślisz, czego ona może się bać?

- Ktoś jej gro...

- Nie. - przerwała mu. - Ona spodziewa się dziecka, rozumiesz? Ona lada chwila zostanie matką prawdziwego dziecka i to w wieku siedemnastu lat. To jest dla niej szokiem, szczególnie, że od wydarzeń z Mortmainem i śmierci jej rodziny nie minęło dużo czasu. Rok do bardzo mało. Niektórzy potrafią być w żałobie nawet i kilka lat. Choć wiem, że jest silna, to jestem pewna, że gdzieś w środku ona nadal cierpi. Na dodatek ta cała obecna sytuacja z Konsulem... Uważam, że zamiast na nią naciskać, powinieneś jej dodać otuchy. Powinieneś być teraz dla niej oparciem i przy niej być cały czas, mimo iż nie ma ci nic do powiedzenia. Sama obecność kogoś... bliskiego jest bardzo pomocna. Może w pewnym momencie, otworzy się przed tobą i zwierzy ci się ze wszystkiego, co ją trapi. Oboje będziecie rodzicami, więc tym bardziej powinieneś dać jej do zrozumienia, że może ci ufać. Po urodzeniu się dziecka, wiele decyzji będziecie podejmowali wspólnie.

- Wiem, Charlotte. - westchnął i dłonią przetarł czoło. - Rzecz w tym... że ja nie wiem od czego zacząć. Od powrotu ze wsi, moje i jej relacje się pogorszyły. Dzisiaj skończyliśmy jedną kłótnie, a zaczęliśmy drugą... ja zacząłem.

- Kim jesteście dla siebie z Tessą? - spytała nagle.

Tak naprawdę, to nigdy się nad tym nie zastanawiał. Przyjaciółmi? Nie, to za mało powiedziane. Parą? To za bardzo... oficjalne. Miał wrażenie, że to coś pomiędzy. Przynajmniej tak ich widział w rzeczywistości, a w środku Tessa była dla niego niczym... niczym... bratnia dusza.

- Sam nie wiem. Różnie bywa.

- Z tym się mogę akurat zgodzić. - zaśmiała się. - Raz zachowujecie się wobec siebie niczym para, a później jak bliscy sobie przyjaciele. Stoicie na nierównym gruncie.

Kiwnął jedynie głową na potwierdzenie, wciąż trzymając wzrok wbity w podłogę. W pewnej chwili usłyszeli głośne kroki, aż nagle drzwi od gabinetu się otworzyły. Stanęła w nich Sophie z szeroko wytrzeszczonymi oczami.

- Co się stało? - Charlotte stanęła na równe nogi, podobnie jak Will.

- Proszę wybaczyć za takie wtargnięcie, ale panna Gray ona... Zaczęło się!


Przepraszam za taki nudnawy rozdział, ale jakoś nie mam weny i źle się czuję, więc mam nadzieję, że mi wybaczycie :(( A tutaj coś na poprawę humorku (choć wiem, że nie na temat XD):